hej … dzieki

Styczeń 4th, 2010  / Author: admin

hej … dzieki za komciaki jestescie bosscy :* ale wiem ze stac was na wiecej :P P pisze ta notke bo bardzo zaniedbalam tego bloga :( za co wielkie sooory nie wiem o czym pisac bo raczej nie mam ciekawych historiii :) a wiec koncze papa :*
pozdrowienia dla calej klasy 1e :)

PS. ” Bo to co dla mnie mialo sens odeszlo razem z toba … “

długa noc

Grudzień 26th, 2009  / Author: admin

Anioł wstał i wyszedł drzwiami ukrytymi za kotarą zakrywającą tylną ścianę komnaty. Ze swojego pokoju wziął ciężki miecz, zarzucił go na plecy, krótki miecz przypiął do pasa, tak samo jeden sztylet. Drugi schował do kieszeni w bucie.
Nagle roześmiał się.
-Popadam w paranoję, na litość boską, Niszczycielu, to tylko głupie demony!
Tak, zwykły miecz półtoraręczny i sztylet powinny wystarczyć.
Do jego obowiązków jako Niszczyciela należało także likwidowanie wszelkiego tałatajstwa piekielnego, które zaplątało się w rejony niebiańskie. Zajęcie było dosyć nudne, ale zazwyczaj nie wymagało specjalnego zaangażowania. Przynajmniej mógł w tym czasie porozmyślać. Mimo to zastanawiał się już kilka razy, czy nie zrzucić tej roboty na jakiegoś młodszego Anioła. Podszkoliłby się, miał zabawę… Tyle, że wtedy Sario zanudziłby się na śmierć.
Postanowił tym razem przespacerować się po obrzeżach Niebios. Czasami podchodziły tam demony i niepokoiły mieszkańców. Przeszedł przez jeden z portali na obrzeżach miasta. Niebiosa były ogromne i gdyby chciał iść na Obrzeża na piechotę, albo pojechać konno, to nie dość, że byłoby to męczące, to jeszcze zabrałoby mnóstwo czasu. A teraz akurat nie mógł sobie pozwolić na dłuższe nieobecności w domu, bo nie dało się przewidzieć, co wyniknie w związku z Lilith. Poza tym zawsze mogli się trafić jacyś awanturnicy, którzy są gotowi spalić kilka rezydencji przy każdej nadarzającej się okazji, niezadowoleni z władzy, którą Niszczyciel, chcąc, nie chcąc, reprezentował.
Podszedł do Krawędzi. W tym miejscu kończyły się Niebiosa i zaczynała Otchłań, rodzaj ziemi niczyjej pomiędzy Niebem a Piekłem.
Wszędzie wokół było tak spokojnie. Możnaby pomyśleć, że to zupełnie zwyczajny dzień. Chociaż… taki był, przynajmniej częściowo.
W najbliższej wsi mieszkający tam aniołowie wskazali mu, gdzie prawdopodobnie ma legowisko nękający ich potwór. Tak jak Niszczyciel się spodziewał, był to średniej mocy demon. Wyglądał jak miły, choć może nieco krwiożerczy pies.
-Przykro mi przyjacielu, ale taką mam pracę.
Wystarczyło jedno cięcie mieczem, aby upiór zniknął. Szybka i prawie bezbolesna śmierć. Sario rozejrzał się po kryjówce demona. Naprawdę duża nora, z wejściem osłoniętym ładnie kwitnącymi krzakami. Normalnie musiało tu mieszkać coś większego. Ale to nie była jego sprawa. Przynajmniej na razie.

Lilith zjadła kolację sama. Później czekała jeszcze chwilę, jednak Anioł nie wracał.
„W końcu nie siedzi tu cały dzień, bo czym by się zajmował? Wpatrywaniem w sufit czy obgryzaniem paznokci?”
Wróciła do swojego pokoju. Zdała sobie sprawę, że mimo kilkugodzinnego treningu i późniejszego wspinania się po regałach z książkami nie jest prawie wcale zmęczona. Usiadła na parapecie, ze swoją kotką na kolanach.
Dom Saria znajdował się na niewielkim wzgórzu, więc miała dość dobry widok na okolicę. Ze swojego okna widziała frontowe podwórze, żelazną bramę, a dalej światła kilku innych domów. Jeszcze dalej zaczynało się miasto. Raczej niskie domy, podobne do siebie, z białymi ścianami i błyszczącymi dachami wyraźnie odcinającymi się od niemalże czarnego nieba. Gwiazdy świeciły jasno i wyraźnie, jednak nie mogła rozpoznać żadnej konstelacji. Powróciła do przyglądania się miastu. Powoli coraz więcej świateł w oknach gasło. Lilith czuła, że powieki zaczynają jej wreszcie opadać. Przez chwilę wydawało jej się, że gdzieś bliżej centrum miasta widzi ogień, po czym zasnęła.

W momencie, kiedy stwierdził, że chyba już wróci do domu, usłyszał w głowie głos Pana Wojny. Był to członek Rady Kosmosu, ale mimo to przyjaciel Saria.
„Chyba mamy pewien problem…”
„Mamy?”
„Wyjaśnię wszystko u mnie.”
Arian zerwał przekaz.
„Wygląda na to, że dziś będzie długi dzień…”
Zaśmiał się ponuro. Gwiazdy właśnie gasły, niedługo wzejdzie słońce.

porozmawiajmy

Grudzień 25th, 2009  / Author: admin

Ha, prawie bym zapomniała jej dodać… i nic by się nie stało, bo kto to czyta? aha, a do Yoshi – znowu stwierdzę, że nudne opowiadanie tworzę i kiepsko wyszło…

***

Lilith wstała niepewnie. Wciąż trochę bolały ją plecy i ręce. Spojrzała w lustro. Patrzyła na nią niesamowicie blada dziewczyna o bezdennych oczach i ciemnych, potarganych włosach, ubrana w mokrą i miejscami zakrwawiona szatę. Jej skrzydła były jeszcze lekko wilgotne i cała się trzęsła.
„Czy to wszystko naprawdę się dzieje?”
Wiedziała, że teraz nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie, więc tylko wzruszyła ramionami. Zdjęła suknię, w której spała, umyła się, założyła świeże ubranie… Przez chwilę męczyła się z zapięciem pasków nad skrzydłami. Nieznośnie paliła ją jeszcze podrażniona skóra.
-Scheisse…*
Podniosła z podłogi grzebień i ze złością byle jak rozczesała włosy. Znowu spojrzała w lustro.
„Beznadzieja. Dno.”
Wyszła z łaźni. Jej kotka, gotowa do zabawy warowała na dywaniku.
-Ja naprawdę nie mam siły, kiciuniu…
Podrapała ją za uszami, a kotka natychmiast przewróciła się na plecy, złapała ją łapkami za dłoń i zaczęła wbijać małe, ostre ząbki w palce. Lilith, chcąc nie chcąc, uśmiechnęła się.
„Przynajmniej to się nie zmieniło.”
Założyła glany, nawet ich nie sznurując i wyszła z komnaty. Wzory na ścianach wydawały jej się dziwnie znajome, jednak ich nie rozumiała. Jakby mówiły w języku, który powinna znać, a ona zawiodła ich zaufanie.
„Jeszcze trochę, a po prostu zwariuję… o ile już nie zwariowałam.”
Uśmiechnęła się krzywo.
Udało jej się nie zabłądzić po drodze. W komnacie siedział Anioł, z nieodgadnionym wyrazem twarzy i Kira, z zaciśniętymi ustami. Spojrzały na siebie.
„Pan inteligentny…” prychnęła w myślach Kira i wyszła bez słowa wyjaśnienia. Lilith odwróciła się do Anioła. Nie słyszała jego myśli. A przecież musiał myśleć.** Spojrzał na nią, ciągle z tym dziwnym wyrazem twarzy.
-Rada już wie, że jesteś w Niebiosach.
Krótka przerwa.
-Podejrzewam, że będą chcieli się z Tobą zobaczyć.
Kolejna, trochę dłuższa chwila ciszy.
-I co? Mam im się przedstawić „Cześć, jestem Lilith, Dziecko Chaosu”?
-Och, nie. Podejrzewam, że sami się zorientują.
-To może, „Cześć, wy chyba wiecie lepiej, kim jestem, po co to zbiegowisko”.
Lilith popatrzyła na Anioła jak na nienormalnego.
-Was wszystkich trzeba zamknąć w wariatkowie.
-Tyle, że w Niebiosach nie mamy wariatkowa. – powiedział niemal ze smutkiem. – Wariatów zsyłaliśmy na Ziemię.
-A teraz co z nimi będziecie robić?
-Będą zostawali członkami Rady. – powiedział pogodnie Sario i dziewczyna nie była w stanie stwierdzić, czy żartuje. Chyba zauważył jej wątpliwości, bo uśmiechnął się radośnie.

-Zjedz coś, potem zastanowimy się, co robić dalej.
-Ty wiesz, co to znaczy „zastanowić się”? – prychnęła Kira, która nagle stanęła w drzwiach.
„Dałabyś sobie spokój.”
Było to raczej uczucie, rodzaj zniecierpliwienia, jaki demonstrował Sario w stosunku do Kiry. Wyglądało na to, że jej skrzydlaci „opiekunowie” o coś się pokłócili.
„Och, drobna różnica zdań. Sario po prostu nie lubi jak się go nazywa złośliwym małolatem, który nie myśli, jeśli tylko może zobaczyć czyjąś głupią minę…”
Lilith o mało nie zakrztusiła się pitą kawą. Bardzo dobrą kawą. Spojrzała na uśmiechającą się Panią Przepowiedni.
„Czy wszyscy w nie… Niebiosach mają takie poczucie humoru?”
„Koślawe?”
Kira uśmiechnęła się pogodnie.
„Większość go nie ma w ogóle.”
„To jest naprawdę dom wariatów.”
„Czy Ziemia taka nie była?”
„Nie wiem. Chyba była, ale ja w tym wariactwie uczestniczyłam, więc nie rzucało mi się w oczy.”
„Teraz też, chcesz czy nie, musisz przyłączyć się do tego wariactwa.”
„Dlaczego?”
„Chcesz chyba żyć?”
„Żyć… Dla mnie życie jest działaniem. A teraz… Nic nie robię.”
„Jesteś. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to ważne.”
„Dlaczego? Dla kogo?”
„Jeśli powiem, że dla całych Niebios, to uwierzysz?”
„Nie. Niby czemu?”
„Jesteś Dzieckiem Chaosu. Możesz zmieniać swoje przeznaczenie, nie tylko je wypełniać.”
„Dziecko Chaosu…. Słyszę to już od was któryś raz, a ciągle nie wiem, o co chodzi.”
„Jesteś tu dopiero od przedwczorajszego wieczoru***, masz wiele czasu przed sobą. Pomyśl.”
Dziewczyna spojrzała w okno i lekko przekrzywiła głowę.
„To nie jest wiedza. Raczej świadomość czegoś. Rozumiesz?”
Kira skinęła głową. Wyglądała, jakby znalazła długo zagubiony fragment skomplikowanej układanki.****
-A teraz, może wyjaśnisz mi, co ty sobie myślałeś, mówiąc Radzie, że ich sobie olałeś?
-Powiedziałem ci przecież.
-Nie słuchałam, wybacz.
Pani Przepowiedni nie wyglądała, jakby jej było przykro, ani jakby była zainteresowana tym, co Anioł Śmierci ma do powiedzenia. On też nie wyglądał, jakby miał zamiar się tłumaczyć.
-Szacowanie konsekwencji czynów.
„Czy on może mówić normalnie?”
„Będziesz musiała się przyzwyczaić. Spotkać w Niebiosach kogoś wyrażającego się normalnie, to rzadka sprawa.”
-Za złamanie rozkazów nic nie mogą mi zrobić. Za krzywoprzysięstwo kara bywa niewspółmierna do czynu.
„Nie chce mi się tego słuchać.”
Lilith nawet nie zauważyła, kiedy wstała i znalazła się przy drzwiach, z ręką na klamce.
I nagle zrozumiała, że nie musi się usprawiedliwiać.

*Scheisse, właściwie przez betę, niemieckie słowo klucz. Tłumaczone na rozmaite sposoby, właściwie chyba najczęściej używane słowo. Tak ogólnie.
**surprise
***z tego można łatwo wywnioskować, że Lilith po wypiciu eliksiru spała ponad dobę – to naprawdę dużo.
****nie ma co, notka wyszła beznadziejna, czego dowodem jest ten opis. Chyba najbardziej wyeksploatowany opis w całej literaturze światowej. No, może jeden z kilku. Ale tak wyglądała, jej problem.

Biblioteka

Grudzień 16th, 2009  / Author: admin

Od razu lojalnie uprzedzam: Jeśli ktokolwiek ma ochotę to przeczytać, niech się dwa razy zastanopwi i ubezpieczy przed śmiercią z nudów… Przepraszam, ale ta akcja naprawdę nie może toczyć się szybciej…

***

W sali jadalnej siedział Anioł. NaZaplanowane stole stała waza z zupą i jakieś inne jedzenie.
-Dlaczego nie ma Kiry?
-Cóż, ma wiele innych obowiązków. Ale jutro po obiedzie zacznie cię uczyć.
-Czego?
Sario wzruszył ramionami.
-W każdym razie dzisiaj masz jeszcze wolne.
Lilith prychnęła.
-I tak nie mam tutaj co robić.
-Możesz się wylegiwać na patio albo poszukać czegoś do czytania w bibliotece.
-Masz tu bibliotekę? Gdzie?
-Nie powinnaś mieć problemów z jej znalezieniem.
Lilith skinęła głową, szybko skończyła jeść i zostawiła Anioła pogrążonego w rozmyślaniach.
Bibliotekę znalazła po rzeczywiście niedługich poszukiwaniach. Była to średniej wielkości komnata, z wielkimi regałami z ciemnego drewna, wypełnionymi księgami oprawionymi w skórę z wytłaczanymi tytułami. Przy wysokich oknach wychodzących na sad stało kilka foteli. Lilith wzięła pierwszą z brzegu księgę i usiadła wygodnie.
-„Proch i pył na wietrze”… Co to ma być?
Proch i pył. To jej coś przypominało, ale jak zwykle nie mogła sobie przypomnieć, co. Zaczęła czytać. Księga była dosyć zniszczona, część stron wyrwano lub zamazano.
„Proch i pył wiruje w powietrzu gdy nadchodzą Dni Sądu, będąc zapowiedzią tego, co zostanie. Budzi się wtedy moc w jednym z Dzieci Chaosu, Aniołów Zagłady…”

Lilith na chwilę przestała czytać. Dziecko Chaosu, Anioł Zagłady. A więc tym się stała?

„…I nastaje czas płomieni i śmierci, a gdy nie zostaną nawet zgliszcza, dusze odchodzą i radują się w Nieskończoności.”*

Z następnych kilku stron niewiele dało się rozczytać.

„Jednym z nich jest Niszczyciel, któremu dana została moc i władza nad światami, które za poleceniem władcy swego może niszczyć i powoływać.”

Znowu kilka kart wyrwanych lub zaplamionych.
„Kto się tak znęcał nad tą księgą?”

„A gdy nadejdą Dni Sądu dla NiebioZaplanowanes, przebudzi się Pani Chaosu i ukarze niewdzięcznych, co prowadzą do upadku
, a posłusznych przez ogień pośle do Nieskończoności. Na Zgliszczach zaś powstanie Królestwo Chaosu i Jego Dzieci.”

Lilith przerzuciła kolejne kilka stron w poszukiwaniu czytelnego tekstu.

„Nikt nie może przewidzieć, kiedy nadejdzie Czas Sądu, lecz Anioły Ciemności poczują swoją drogę i tylko wtedy będą niszczyć…”

Następne strony wydawały się być puste. Lilith odłożyła księgę na miejsce i zaczęła przeglądać inne tytuły…
„Księga Przepowiedni”, „Kronika Dni”, „Dzieje Niebios”, „Pani Aniołów”, „Władca”, wreszcie „Ostatnie dziecko Chaosu”.

„A ze zniszczonej planety przybędzie do Niebios i zostanie tam na czas, aż nadejdą Dni. A imię Jej będzie…”

Lilith niemal się roześmiała. Ta część karty została oderwana. Za oknem biblioteki zrobiło się ciemno, wywnioskowała więc, że czas na wieczerzę. Odstawiła księgę na półkę i wróciła do Anioła. Nie chciało jej się jeść, miała natomiast kilka pytań do zadania.

Mimo iż to koniec jestem szczęśliwa

Grudzień 15th, 2009  / Author: admin

Kończę opowiadanie definitywnie, ale jeszcze dzisiaj zmieniam szablon, zmieniam dużo rzeczy. I tak po za tym to mam propozycję: ABY KTOŚ PROWADZIŁ ZE MNĄ BLOGA!! NAJLEPIEJ KTOŚ KTO ZNA LEPIEJ ODEMNIE MYLOGA I UMIE SIĘ NIM PERFECT POSŁUGIWAĆ!!!!!!!! CHętni niech piszą w komentach, lub na gg: 755086 … Możecie zgłaszać się kiedy to się wam podoba :) Buziolki

Pod sufitem widniał wielki napis “For My Best Friend”, po podłodze walały się balony i serpentyny. Włączyłam muzykę, która z echem rozniosła się po całym domu. Widząc uśmiechy na ich twarzach czułam się dumna, że zrobiłam coś wyjątkowego, że pozytywnie ich zaskoczyłam i nie rozdrapywałam w ten sposób żadnych ran. To można było nazwać prawdziwym szczęściem, chciałam aby ten ostatni wieczór był tym najpiękniejszym.
Bawiliśmy się na całego, tańczyłam cały wieczór, to była pierwsza impreza bezalkoholowa na której wszyscy rewelacyjnie się bawili. Usiadłam zmęczona na kanapie, słabłam, czułam, że to mój ostatni dzień. A jednak byłam szczęśliwa, przez te wszystkie miesiące tutaj spędzone z przyjaciółmi ukrywałam bolesną prawdę, że mój czas na tym świecie się kończy. Od dawna choruję na raka, widać zostało mi to po dziadku, który nie jest moim dziadkiem. Takie to wszystko z skomplikowane.
Ręka bezwiednie opadła na oparcie fotela, przestałam nią czuć, przeszywały mnie bóle, które koiło szczęście. Obok mnie usiadł Tom i spojrzał nie pewnie w moje zamglone oczy
- Nic ci nie jest? – spytał
- Nie nic – szepnęłam ledwo słyszalnie, chciało mi się spać, miałam ochotę powiedzieć mu tylko dwa słowa i zasnąć… i nigdy się nie budzić. Zamknęłam oczy i przestawałam pomału słyszeć co się wokół mnie dzieje, słyszałam tylko jak ktoś mówi
- Bill!! Musimy ją zawieźć do szpitala, pomóż mi… – i film mi się urwał, czułam jak ktoś mnie bierze na ręce i cisza, spokój i cisza. Znalazłam się nagle w białym pokoju, czułam się jakbym leżała na chmurce. Pomału wstałam i skierowałam się w stronę światła. Coś mnie podkusiło, by skręcić w ciemny korytarz, zdawało mi się, że słyszałam czyjś wspaniały głos. Szłam nie widząć co jest przede mną, podążałam za głosem tak bardzo znajomym. Straciłam równowagę i runęłam jak długa na ziemię. Gdy otworzyłam oczy czar prysnął, usłyszałam pikanie i czyjeś szepty. Rozejrzałam się wokoło, byłam w niewielkiej sali, byłam podłączona do aparatury. Byłam tak blisko śmierci, a ktoś mnie uratował.
- Jak się czujesz? – spytała Miya, która jako jedyna siedziała obok mnie, Bill i Tom siedzieli na kanapie w kącie, Bill coś zawzięcie tłumaczył bratu, a on miał schowaną twarz w dłoniach. Georg z Gustavem stali nie opodal łóżka i uśmiechali się lekko na znak, że wszystko będzie dobrze. Po chwili weszła mama z tatą z radosnymi minami jak nigdy dotąd
- Córciu – zaczęła matka – Już nie martw się o nic – szepnęła i podeszła do bliźniaków coś szeptając na ucho. Wszyscy po chwili wyszli zostałam tylko ja i Tom, podszedł do mnie i usiadł obok patrząc na swoje kolana. Dotknęłam jego policzka i uśmiechnęłam się
- Nie odeszłabym bez pożegnania – szepnęłam
- A ja nie wypuściłbym się dopóki nie powiedziałbym Ci tego
- Czego? – spytałam zdezorientowana
- Kocham Cię… Delienko Kocham Cię najbardziej na świecie – zajrzał mi głęboko w oczy, nie mogłam uwierzyć własnym uszom, chłopak, któremu oddałabym wszystko mówi najwspanialsze dwa słowa
- Ja Ciebie też – powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. Przytulił mnie i dał buzi, takie jakiego nigdy nie przeżyłam.

Jechałam autem trzymając się za rękę z Tomem i myślałam o tym co będzie dalej. Obiecał mi że dotrzyma mi towarzystwa podczas rehabilitacji i jakiś operacji w Londynie, a przy okazji zabierze do prawdziwych rodziców. To co zakłamane zostało wszystkim wybaczone, umiałam wybaczać o tak.
Ujrzałam początek końca, otworzyłam nowy rozdział nie przekreślając starego. Oparłam głowę na ramieniu dredziastego i uśmiechnęłam się szeroko.

Niczego w życiu nie żałuję – pomyślałam w duchu…

CZĘŚĆ PIERWSZA

Grudzień 2nd, 2009  / Author: admin

Bloga będę prowadzić z Lazillą :P No to nasza pierwsza notka z nowym opowiadaniem :) Buziole

Młoda 12 letnia dziewczynka, o blond włosach, zielonych oczach i z charakterem nie byle jakim. Loriatanna miała straszne poczucie humoru, była uparta, otwarta dla ludzi, jeśli chodzi o kolegów zawsze wybiera tych najbardziej odludowaciałych, to znaczy takich którzy są nie lubiani lub unikani i samotni. Uwielbia pomagać ludziom lecz zazwyczaj nie jest bezinteresowna. Ma cięty język, pomimo swojego młodego wieku ujawnia się w niej ogromny potencjał muzyczny, choć wiele osób jej mówi, że nie potrafi śpiewać.

Właśnie szła droga powrotną do domu z psem. Mijała tabliczkę z napisem “Witamy w Loitsche”, by po chwili skręcić w lewo i wejść do swojego małego, a jednak przytulnego domku z basenem. Lubiła te spacery prawie pod samą górę w małym miasteczku, było tam przyjemnie i ładnie. Często przesiadywała godzinami opierając się o małą wierzbę rosnącą niedaleko wzgórza i myślała, tam pisała wiersze, piosenki i tam rozwiązywała wszystkie swoje problemy. Drugim takim miejscem był jej własny pokój na poddaszu wielkości kuchni, salonu i kawałka korytarza. A mówi, że nie jest wymagająca, w sumie to w jej królestwie jest masę wolnej przestrzeni, stoi tam tylko łóżko, szafa przesuwana z lustrem, kanapa z szafką i telewizorem, wieża na półce w kącie, dwie szafeczki nocne i gitara na stojaku ze wzmacniaczem. Nie grywała na niej często, dopiero się uczyła jednak musiała odłożyć nauki na pół roku, bo jej nauczyciel wpadł pod tramwaj, a rodzice odmówili następnemu chętnemu do uczenia młodej Loriatanny gdy ta na pogrzebie gitarzysty wybuchła śmiechem. Nie wiadomo z jakiego powodu, jednak od zawsze była dziwna.

- Mamo nie uwierzysz co się stało – krzyknęła od progu puszczając psa
- Loriatanna ile razy Ci mówiłam, że jak wracasz z deszczowego spaceru masz psu wytrzeć łapy? No co się tym razem stało? Pies “przypadkowo” rzucił się na listonosza? – z kuchni wyłoniła się młoda brunetka
- To nie było zabawne i w dodatku niechcący. Nie zamierzałam! Po prostu Gówno-ryje się wyprowadzają i sprzedają dom – oznajmiła cała dumna, gówno-ryjami nazywała sąsiadów z najładniejszym domem w Loitsche, bo raz podstawiła ojcu Barona nogę i wpadł twarzą w psią kupę.
- Ile razy mówiłam, żebyś nie wyzywała sąsiadów? Wiem, że są snobami ale nic na to nie poradzę
- I widzisz sama ich obrażasz – pokazała język i pobiegła w butach do pokoju słysząc jeszcze krzyki jej mamy. Nic sobie z tego nie robiła, wparzyła jak burza do pokoju i od razu na komputer (skąd ja to znam :D ).

“Te ciulik o której jutro się widzimy?” – napisała jej przyjaciółka Mimi
“A nie wiem, GÓWNORYJE SIE WYNOSZĄ” – odpisała
“A ja tam się nie cieszę” – odpisała
„Jak to się nie cieszysz? Ej kobieto o co chodzi?”
„Nie nic wszystko ok. :)
„No tak a maminek nie był smerfetką :/”
„No bo… Wiesz co spotkajmy się w lodziarni”
„Okej będę tam za 20 minut” – odpisała i szybko zamknęła laptopa nie wyłączając nic, to miała w nawyku i nikt nie umiał jej tego wybić z główki. Zbiegła na dół i weszła do kuchni po puszkę Coli
- Mamo idę do lodziarni, bo musimy pogadać z Mimi – oznajmiła
- Ej chwila chwila!! O której masz zamiar wrócić? Jest już 17 – przypomniała kochana jak zwykle mamusia która bardzo martwi się o swoje dzieci. Lori przewróciła oczami i dodała szybkim tonem
- Dżizas mother wrócę za jakąś godzinę góra dwie, jestem spakowana, zadania odrobiłam, psa wyprowadziłam, a jak wrócę podleję kwiatki z pokoju – kłamała jak z nut, a trudno się nie kapnąć iż było to oszustwo, bo Loriatanna nie miała w pokoju ani jednego kwiatka, jedynie suche róże w wazonie. Gdy doszedł do niej sens jej własnych słów postanowiła jak najszybciej się zmyć zanim mama zajarzy co jest nie tak. Wybiegła pośpiesznie z domu i ruszyła do kawiarenki „Sekunde”, gdzie czekała już jej czarno włosa przyjaciółka ze spuszczoną głową. Lori była pewna, że gdyby tylko ktoś ją popchnął to wpadłaby twarzą w pucharek z lodami i bitą śmietaną. Usiadła naprzeciw z puszką coli i otworzyła ją głośno, co wyrwało Mimi z transu. Spojrzała na nią brązowymi oczami, była czymś przybita albo bała się czegoś.
- Modlisz się do lodów? Wznosisz im hołd rozumiem nie przeszkadzam – uśmiechnęła się Lori i zaczęła sączyć napój z puszki
- Kocham Barona – odezwała się po chwili milczenia, Lotrianna pomyślała, że do głupie żarty ze strony przyjaciółki, bo często robiły sobie takie akcje
- Młodego czy starego? – zakpiła
- Młodego – odrzekła, a Lotria wypluła wszystko co miała w buzi na stół głośno krztusząc się co przyciągnęło wzrok ludzi siedzących nie opodal. Ona tylko obdarzyła ich morderczym spojrzeniem i wróciła do rozmowy z koleżanką
- Jak możesz kochać Barona Salcesona? – wycedziła przez zaciśnięte zęby, ogarniała ją wściekłość, czuła się oszukana. No bo jak jej najlepsza przyjaciółka mogła się kochać w jednym z jej największych wrogów. Uderzyła ręką w stół i spojrzała wściekle w spanikowane oczy. Jej wadą było to, że rządziła i uważała, iż może na wszystko sobie pozwalać. Problem wcale nie leżał w wychowaniu przez rodziców, bo wychowanie było wzorowe, tylko w genach po dziadku, który był identyczny.
- Ja… Ja nie wiem… Bo pamiętasz co przegrałam zakład i miałam iść z nim do kina? To on był taki miły uprzejmy i w ogóle
- Taa pewnie zaimponował ci tym, że umie wcisnąć w swoje wielkie dupsko stos Hamburgerów w ciągu 30 sekund, a kiełbasę wsysa jak spaghetti – zadrwiła ściskając już pustą puszkę, jej zawartość leżała w 30% na stole, 20% w jej brzuchu, a reszta na ziemi.
- To nie tak. Lotria nie mów tak, on wcale taki nie jest. Wydałaś nad nim sąd ostateczny i nie dałaś mu szansy pokazania jakim człowiekiem jest naprawdę – tłumaczyła Mimi
- A idź. Skoro tak bardzo kochasz tego Salcesona od Parówek to idź sobie do niego, a ode mnie się odwal. Nie pisz nie dzwoń i nie przychodź – krzyknęła
- Przestań mną rządzić!! On Ci nic nie zrobił
- Zachowujesz się jak… jak dziwka – oznajmiła i wyszła zostawiając zapłakaną przyjaciółkę. Wróciła do domu i nie odzywając się do nikogo trzasnęła drzwiami od pokoju, puściła Linki Parka – Dedicated na full i ukryła twarz w poduszce. Zaczęła w nią krzyczeć jak tylko mogła, a głos miała potężny. Gdy skończyła wyć, zaczęła płakać nad swoim losem użalając się. Pierwszy raz w życiu pokłóciła się z osobą która była dla niej jak siostra. Z przekonaniem, że ona ma rację poszła spać, wcześniej oczywiście wyłączając wieżę.

Rano wstała i od razu zeszła na dół w piżamie, siadła przy stole i zaczęła pić kawę.
- Nie jesteś za młoda na kawę? – oburzyła się mama odkładając gazetę i pakując papiery do teczki, mama jej pracowała w jakimś biurze podróży, a tato był właścicielem sieci firm w całej Europie. Na brak pieniędzy nie narzekali
- Ależ oczywiście – powiedziała z sarkazmem i ironią
- A ty co? Siora wyglądasz jak garfield w poniedziałki – zaśmiał się jej brat, który właśnie wszedł do kuchni
- Po pierwsze jest poniedziałek, a po drugie nie obrażaj garfielda, bo ma wyższy poziom inteligencji niż ty – powiedziała i wyszła z kuchni biorąc kanapki z szynką i jabłko. Kolejna rzecz ją wkurzyła z rana, a mianowicie brak puszek z colą, które tak kochała. Gdyby mogła piłaby Red Bulle, ale na to mama już się nie zgadzała, bo to tylko dodawało jej energii i w obawie o zdrowie własne i innych ludzi wolała nie ryzykować.
Usiadła na swoje łóżko i uderzyła dłonią w czoło zjeżdżając ręką po twarzy
- Zadania! – mruknęła, no tak jak zwykle zapomniała ich odrobić. Chwyciła telefon i już zaczęła wystukiwać numer Mimi, gdy doszło do niej, że już nie są przyjaciółkami, bo nie kumpluje się z debilami. Jej charakter brał górę nad sercem, które tęskniło za spacerami i plotami z czarnowłosą. Posępnie wlokąc się ruszyła do szkoły, na przystanku stała Mimi, minęły się nic nie mówiąc zadzierając tylko nosy do chmur. Lotria podeszła do Gustava jej najlepszego kolegi, był rok starszy ale jej to nie obchodziło zbytnio. Lubiła go bardzo za jego poczucie humoru. A w ogóle on ją rozumiał bez słów, znali się od dziecka.
- Co jest? – spytał – Aha dobra już wiem, poszło do Barona Juniora?
- Nie o babcie Brunhilde z Magdeburga pod Londynem – zakpiła i rzuciła mordercze spojrzenie na swoją ex friend. Gustav tylko pokręcił głową i zaczął wykład o tym, że znów Lori nie odrobiła zadań. Ona wyłączyła się na cały świat i myślała tylko jakby tu pogodzić się z Mimi aby nie wyszło, że to ona miała racje.

Tymczasem jej przyjaciółka rozmawiała z Melindą i Efendi, które zapewniały ją o tym, że nie może dać się pomiatać jakiejś smarkuli
- Ja bym jej dogadała – oznajmiła Melina z chytrym uśmieszkiem na twarzy uderzając pięścią w otwartą dłoń. Od dawna miała zatyczki z Lori o to która lepiej tańczy. Efendi tylko kiwała głową na znak że popiera, choć podziwiała młodą buntowniczkę za to, że potrafi poradzić sobie w tak wielu sytuacjach
- Wiecie co – zaczęła Mimi – macie racje, zaraz pójdę i wygarnę jej wszystko – jej koleżanki zaczęły jej wtórować i klaskać

Lotrianna stała tępo gapiąc się w przestrzeń, z transu wyrwał ją Gustav zapowiadając nadejście koleżanki, już w duchu buntowniczka ucieszyła się, bo miała nadzieje że to Mimi przeprosi ją za to, że kocha Balerona
- Lotria mam tego dosyć!! Sama jesteś beznadziejna! Nienawidzę cię! Będę kochać kogo chcę!! I wiesz co Ci powiem? Twoja sałatka jest ohydna – krzyknęła i weszła do autobusu który właśnie przyjechał zostawiając Lori z otwartą gębą. Gustav wciągnął ją siłą do busa szkolnego i zajęli miejsca wraz z Delieną, Lazillą i Georgiem. Lori nie mogła uwierzyć w to co usłyszała, zabrakło jej textu. Była wkurzona, że dała się tak łatwo, że nie umiała znaleźć odpowiednich słów, by dogadać tej idiotce.

Smutaki-Robaki

Listopad 28th, 2009  / Author: admin

Smutaki-Robaki
Bardzo mi smutno od kiedy Szarlotka, nasz Kotek wyjechała tak daleko, daleko.
nawet straciłam wene.

10-lecie i przewalone na całego

Listopad 25th, 2009  / Author: admin

Hej tu Lazi, tak to ja co pomaga Delience pisać opko :] Dzisiaj nasze wspólne dzieło, oczywiście ja tutaj więcej włożyłam pracy żeby nie było :D :D. Teraz moja kolej więc voilia… druga część :] :*

…Zaczęła snuć plany o zemście ale nic nie przychodziło jej do głowy… Dziwiło ją to bardzo, iż nie umie znaleźć odpowiednich słów i czynów by dokopać Mimi, gdyż zawsze wychodziło jej to bezbłędnie i zawsze wszyscy zapamiętywali ją jaką wredną i mściwą osobę.
”Co się ze mną stało” – pomyślała…- „co się dzieje, dlaczego nie mogę nic sensownego wymyślić, ja królowa dowcipów i wredoty”. Z rozmyślań wyrwały ją słowa Delieny…
- nad czym tak myslisz? – spytała. Lori starała się poszukać w głowie jakiegoś sensownego wytłumaczenia, nie chciała, żeby wszyscy o tym wiedzieli, niestety po raz kolejny nic nie przychodziło jej do głowy…
- ee ooo yyy noo ten teges no wiesz przecież yyy – wydusiła z siebie. Wszyscy bacznie zaczęli się jej przyglądać, nigdy nie zdarzało jej się tak odpowiadać. Czuła, że się czerwieni…”i co teraz” -pomyślała…przecież nie powiem im prawdy… wyjdę na skończoną idiotkę…
- Nie! Nie wiemy raczyłabyś nas powiadomić – oznajmiła zirytowana jak zwykle Lazilla
-nooo….boo….noo zastanawiałam się…..zastanawiałam się, nad tym…..czy…..czy zamknęłam drzwi jak wychodziłam – “nic głupszego nie umiałaś wymyślić?” – skarciła się w duchu – “na pewno nie uwierzą”
- Przecież twoja mama jest na chacie, a w ogóle to mogłabyś już przyznać się o jakim chłopaku myślałaś? – zaczął ratować ją Gustav
- O przystojnym kierowcy autobusu – wyszczerzyła zęby i poczuła jak wracają jej siły
-no chyba, że tak-powiedziała Del – wiesz faktycznie przystojny…jak Zakościelny normalnie – wszyscy w brecht…jak zwykle zresztą, kiedy czerwono włosa z czymś wypali
- No co ty jak ta no jak jej tam! BRITNEY HOUSTON – krzyknęła Lazi, a cała paczka wbiła w niej swój wzrok i po chwili wybuchnęli śmiechem
- Britney Spears ciołku – zawołał Gusti
- A od kiedy ty taki znawca co? Aaaa lubisz ją nie? – szturchną go Georg w ramie
-No pewnie…a co dopiero teraz się skapłeś…Ja to od zawsze wiedziałam – Lazi próbowała chociaż raz powiedzieć coś mądrego…
-Jasssne…ty zawsze wszystko wiesz, nie?…-Del nie dawała za wygraną…
-Pewnie… jeszcze śmiesz w to wątpić?
-Ejj…koniec tej jakże ciekawej rozmowy wysiadamy! – przywołał je do porządku Gucio…
Lotria ponownie wróciła do swoich rozmyślań. Nie umiała nadal nic wykombinować więc postanowiła zlewać to co się stało i zapomnieć o Mimi. Jednak los gotował co innego…

Gdy tylko weszła do szkoły zaatakowała ją nauczycielka z pretensjami, że złamała rękę chłopakowi
- Ale proszę pani nie wiem o co chodzi, po pierwsze to było po za terenem szkoły, a po drugie musiałam się bronić kiedy on chciał mnie obmacać. Nie dam się poniżać, może pani jest za słaba. To mogę zorganizować lekcje samoobrony i pomóc – wyrecytowała jak z kartki łapiąc pewność siebie
Nauczycielce kopara opadła, gapiła się na nią przez chwile, nie mogąc wydusić słowa…
-mogę juz iść na lekcje? – zapytała zniecierpliwiona Lotria.
- Nie mam zamiaru stać tutaj bezczynnie – dodała i pewnym krokiem starała się ominąć nauczycielkę..
- Chwileczkę młoda panno…-zagrzmiała…- Jesteś bezczelna! Przypominam ci, że rozmawiasz z nauczycielem!
-Wiem z kim rozmawiam prosze pani, ale próbuje mi pani wmówić że złamałam komuś rękę dla przyjemności…Niech pani sobie wreszcie wbije do głowy że ZROBIŁAM TO W OBRONIE WŁASNEJ-krzyknęła Lotria i z triumfalnym uśmieszkiem czekała na reakcje nauczycielki…
która odczuła, że tę walkę przegrała. U dyrektora nie byłaby w stanie wymyślić solidnych argumentów, które Lotria zburzyłaby w ciągu sekundy.
- Dobrze idź już – rzekła sucho “bastion zdobyty” pomyślała i ruszyła podskakując co chwila do sali 3 gdzie miała się odbyć lekcja biologii, jej ukochanego przedmiotu.
Zawsze ciekawiły ją zadania i tematy o których zawzięcie opowiadała Prof. Libian, jednak tym razem myśli zżerały ją niemiłosiernie co nie umknęło uwadze profesorki
-Lotria….
-Tak prosze pani – odparła potulnie dziewczyna…prof. Libian była jedyna nauczycielką, z którą Lotria nie chciała wkraczać na wojenną ścieżkę…
-Proszę mi powiedzieć jakie pokrycie ciała występuje u skorupiaków…
-Nooo…więc…uu…skorupiaków występujeee… yyy…
-wydaje mi się że nie uważałaś kiedy o tym mówiłam…-rzekła profesorka, czerwona ze złości…
-przepraszam…to się więcej nie powtórzy…
-mam nadzieję a teraz może powiesz nam o czym tak zawzięcie myślałaś
- Ja? Pani profesor myślałam… Bo widzi pani, moja mama ma poważne problemy. Pokłóciła się ze swoim tatom i nie wiadomo czy nie będziemy się wyprowadzać. A pani rozumie jak ja to przeżywam. To bardzo ciężka sytuacja – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu, czuła się z nowym zdarzeniem ciężko, bo okłamała ważną dla niej osobę. Przełknęła głośno ślinę i wbiła wzrok w nauczycielkę, która bacznie jej się przyglądała. Już miała coś powiedzieć, gdy po sali rozniósł się dzwonek telefonu, wszyscy spojrzeli na Delienę, która wzruszyła tyko ramionami i puściła oczko Lotri, ta uśmiechnęła się do niej w wyrazie podzięki.
Do klasy wszedł chłopak ze starszej klasy, nazywał się Rupert kiedyś starał się wygrać zakład podrywając Loriatannę jednak zrezygnował gdy ona napuściła na niego swojego owczarka podhalańskiego.
- Proszę Pani ja od dyrektora, prosi Loriatannę Freeq i Melindę Browsore do siebie – powiedział zdenerwowany i szybko wyszedł.
-Do dyrektora? – zapytała zdziwiona nauczycielka…-Ciekawa jestem co znowu narobiłyście…-rzekła profesorka – Idźcie już idźcie..
Lotria niechętnie wstała i zerknęła na Melindę…ta również podniosła swoje cztery litery i nie zważając na blondynkę szybkim krokiem zbliżała się do wyjścia…
O co może chodzić…zadawała sobie w kółko to pytanie Lori „może o tą sprzeczkę rano? Ale przecież ona w życiu nie poszła by do dyrektora….i co ma z tym wspólnego Melinda…dziwne” Musiała przerwać natrętne komórki powodujące myślenie, gdyż Rupert nacisnął właśnie klamkę do drzwi dyrektora, która strasznie głośno szczęknęła
-Dzień dobry…-powiedzieli zgodnie Melinda i Rupert…
Tylko Lotria stała z tyłu, z rękami w kieszeni i zupełnie nie przeszkadzało jej to, że dyrektor wpatruje się w nią oczekująco
Witam Loriatanno – rzekł dosadnie i dokładnie akcentując każdą głoskę wbił swój łagodny, a starający się jak najbardziej być surowy wzrok w blondynkę
- Yo – odrzuciła szczerząc zęby co doprowadziło pozostałe osoby stojące w pokoju do chichotu.
- Karygodne zachowanie doprawdy, ale mniejsza z tym. Kazałem was zawołać, bo zbliża się 10-lecie szkoły i dodatkowo początek karnawału. Chcemy zorganizować najlepszą imprezę w historii Magdeburga. Jesteście zwolnieni z lekcji przez cały tydzień oprócz dzisiejszego dnia i bierzecie się ostro do roboty. Pomagać wam będą Milena (Mimi) Thompson, Efendi Creep, Katie Summers, Deliena i Lazilla Anderson, grupa sportowców, a ze starszych klas to Rupert – wskazał na bruneta – Georg Listing, Gustav Schafer, Sasha Lio oraz Marcus Schmidt. Wszystko ma być perfekcyjnie, karaoke, grupy taneczne, koncerty. Zajmujecie się wszystkim zrozumiano?
-Karaoke?…zajeee…tzn…suuuuuuuper…! Oczywiście wszystko będzie na tip top-zawołała radośnie blondyna – tylko czy koniecznie Mimi musi nam pomagać?
-Mimi? – zapytał zdezorientowany dyrektor..
-tzn. Milena Thompson, chciałam powiedzieć. Poradzimy sobie bez niej, ona nie jest nam do niczego potrzebna. I jeszcze Rupert – powiedziała oburzona dziewczyna – bez nich damy sobie rade, obejdzie się, bo po co mają się męczyć – zapewniała, a w środku myślała „weźcie tych debili, bo ich zabiję”
-ale milena to świetna dziewczyna, będzie fajnie jak będzie nam pomagać – zaświergotał Rupert…
-On ma racje – rzekł dyrektor…A Lotria zmierzyła starszego kumpla morderczym spojrzeniem…”szkoda, że nie można zabijać wzrokiem” – pomyślała wściekła Lotria…
-No to wracajcie już na lekcje, macie tydzień…i pamiętajcie wszystko ma być perfekcyjnie przygotowane!
-Jasneee – rzekła ponuro Lotria. Wyszła z gabinetu dyrektora i trzasnęła drzwiami, tak że biedny Rupert, który akurat wychodził dostał w nos…
-Ałaaaaaaaaa – usłyszała Lotria, otworzyła z powrotem drzwi i wycedziła przez zęby w stronę chłopaka
-dobrze ci tak idioto
- chociaż na czas pracy moglibyśmy jakoś normalnie pracować, słuchaj choć raz pójdź na układ. Tydzień i wszystko wróci do normy dobra? – zaproponował rudzielec dotykając swojego nosa. Loriatanna zaczęła rozważać propozycję. W sumie to nie był taki zły pomysł, można by odwalić perfect robotę zadaną i zaczął znowu niszczyć wszystko w około. To wyśmienity tydzień na prace i na obmyślanie wrednych kawałów. Uśmiechnęła się po chwili i odrzekła
- Dobra – najwidoczniej zaskoczyła chłopaka tą decyzją, jednak po chwili odwzajemnił uśmiech. Obydwie dziewczyny szły w ciszy do sali i z pewnością miały na myśli tylko to, że cała zabawa będzie walką, walką o przetrwanie. Każda będzie chciała dać z siebie wszystko i wyeliminować przy okazji wroga numer jeden.
Teraz zostało tylko powiadomić osoby wyznaczone i nauczycielkę o zaistniałej sytuacji, tak żeby reszta nic nie wiedziała. Lotria nie miała z tym żadnych problemów, niechętnie podrzuciła Mimi karteczkę z krótkim wytłumaczeniem, a po lekcji z trudem znalazła Georga i Gustava i umówiła się ze wszystkimi (razem z nią 22 osoby) na spotkania, które miały odbywać się u niej w domu, codziennie o 16. Wszystkim plan spodobał się i nikt nie zaprzeczał, nagle wszyscy byli pełni pomysłów. A biedna Lotria myślała tylko jak pogodzić pracę z życiem osobistym.

Wracając ze szkoły nabierała ją ochota na to by dokopać Baronowi Salcesonowi, że zburzył jej porządek dnia codziennego, jej przyjaźń i w ogóle całe jej życie. Niestety jej się to nie udało, bo gdy miała skręcać na jego podwórko jakaś piękna kobieta o blond włosach i ciemnych oczach oznajmiła jej, że Baronowie wyprowadzili się dziś rano. Zawiedziona wróciła do domu, odechciało jej się jeść, żyć, spać i w ogóle wszystkiego. Klapła na łóżko i włączyła telewizor, zaczęła oglądać Ostry Dyżur. Mijały minuty, godziny, kolejne seriale i programy mijały, a Lori nie miała zamiaru kończyć. Tym bardziej wkurzyła się gdy usłyszała dzwonek do drzwi i uświadomiła sobie, że mama wraca dziś późno.
- Już chwila – darła się zbiegając ze schodów i idąc szybkim krokiem do drzwi. Była prawie pewna, że to jej brat Aldon, albo listonosz jednak myliła się. Otworzyła drzwi i stanęła jak wmurowana, oto przed nią…

za dużo by się chciało nie :P Na reszte czekać… I dopytywać się Delieny co będzie next :] Deliena prosi również o pomoc, kogoś kto zna się dobrze na html na mylogu i wie jak dodać muzykę i różne inne ciekawe rzeczy. Prosi o kontakt na gg: 755086, pocztę deliena@buziaczek.pl lub aby pisać z księdze gości. Nagrodą jest dziesięc sensownych długich komentarzy, dodanie do ulubionych lub do listy linków oraz specjalny fajniutki dyplomik :D :D I może małe życzonko :P Pozdrawiam

Read the rest of this entry »

“Szczera do bólu!”

Listopad 20th, 2009  / Author: admin

Ten oto tytuł widnieje w artykule o avril z czerwcowego czasopisma Popcorn. Zdecydowałam się go kupić, by zapewnić sobie dobrą zabawę. Oto i on (w kwadratowych nawiasach mieszczą się moje dopowiedzenia):

“Twarde łokcie, intuicja i samozaparcie – to wszystko trzeba mieć, żeby osiągnąć szczyt. Przydaje się też niewyparzony język i nieopkorna natura. Macie jakieś wątpliwości co do tego? Spójrzcie na Avril, a przekonacie się, że naszej tezy nie wzięliśmy z powietrza [Dziwne, nadal uważam, że jednak ją stamtąd wzięliście.]! Ta dwudziestoletnia dziś skejtowa dziewczyna [Avril nawet media udało się oszukać. Świat schodzi na psy] wniosła coś nowego do muzycznego świata [Przepraszam bardzo, ale co nowego wniosła? Co najwyżej nowy styl pozerów], rynku przepełnionego plastikiem i wyuzdanymi klipami [A ona nie jest sztuczna? Ahhaaaa.]. Zdobyła serca publiki buntem i rebelią duszy, wyrażone w pop-punkowych kawałkach [Pop-punk? Buahaha!!! Zdobyła serca publiki buntem? Oto dowód na to, że avril przyciąga stylem, a nie muzyką]. Słuchacze od razu poczuli, że jest ktoś, kto umie nazwać rzeczy po imieniu [Skarbie, zostawiłeś mnie na pastwę losu, ale ci dam w dupę, bo jestem buntownicą. Czyli teksty takie same, jakie mają popstar, od których avril niczym się nie różni], z pedantyczną starannością opisuje swoje uczucia [Britney też tak robi 'Tak podniecona, wpadłam na całego, skarbie"], nie siląc się na poprawność. Cała Avril [-pozer, który kocha pieniążki]. Jej znajomi mówią, ze zawsze się wyróżniała – inaczej się ubierała, wszędzie jej było pełno, zawsze chciała być zauważana [Hehe, od dziecka była pozerem. Ale wiecie co? To jest gówno prawda - wystarczy spojrzeć na to zdjęcie, z bloga  :  Avril jest wieśniarą!]. “Zawsze chciałam być w centrum uwagi, wiedziałam, że jestem do tego stworzona {tak, yhy, pierdu-pierdu, a walizka po peronie ucieka]. Kiedy byłam mała, udawałam, że łóżko to scena i śpiewałam głośno do wymyślonej publiczności [Słyszycie? Avril ma coś z głową!] – mówi sama o sobie.
Co tu dużo mówić – nie zawsze droga od marzeń do rzezcywistości jest nie do przebrnięcia. Na poważnie Avril zajęła się śpiewaniem w wieku 16 lat, kiedy to podpisała pierwszy kontrakt płytowy z wytwórnią Arista Records, po tym jak spodobała się szefowi tejże firmy – samemu Antonio “LA” Reid [Spodobała się i postanowiła zrobić z niej maszynę do rżniecia forsy.]. Do serc trafiła debiutanckim singlem “Complicated” i tym, że nie dała się przerobić na modłę speców medielnych [Nie, oczywiście, że nie, wystarczy spojrzeć na któekolwiek ze zdjęć. Masa make'apu i kreowanie się na punka, to wcale nie jest wireunejk pod publikę utworzony przez speców] – pozostała amatorką skejtu, maksymalnym przeciwieństwem topowej skiężniczki popu, Britney Spears [No jasne, wystarczy tylko popatrzeć na zdjęcia z poprzedniej notki.]. Badano jej łatkę Alanis Morisette, co momentami Avril wpieniało. “Porównują nas do siebie, bo obie jesteśmy Kanadyjkami, lubimy rock i mamy długie włosy [metalo-gotho-gitaro-mastero ;) ], ale, do cholery, nie jestem nową Alanis Morisette!!” [A więc kim? Nową Britney, co nie?] – irytuje się. Pierwszy album pyskatej [LOL], jeszcze wtedy, nastolatki wylądował w rękach czternastu milionów sympatyków drapieżnego popu [Jeszcze przed chwilą nazwaliście to pop-punkiem. Jakieś wątpliwości co do tego, ze avril gra pop???]. Gdzie leży sekret tego sukcesu? [Ja wiem gdzie - pseudo-mroczny styl avril kreowanej na ostrą buntownicę z gitarą w łapach.]. Avril sama pisze teksty i muzykę do swoich utworów [no jasne, oczywiście, że tak], co oznacza, że jej twórczość [że co??? Oni to nazywają TWÓCZOŚCIĄ???] to nie sztampa, nie głodne kawałki, a samo życie [Oczywiście, ze nie, ja nie przeczę absolutnie]. Opowiedziane językiem młdozieży [pozerów, nie młodzieży], trafiające swą prostotą do serc [słyszycie? PROSTOTĄ. Nawet ta durna gazeta nie bagatelizuje moich słów twierdzących, ze niezwykle skomplikowane utwory opierają się na 3 akordach.]. Co znamienne, Avril postawiła jeden koronny warunek szefostwu swojej firmy fonograficznej – kiedy ci zaproponwali jej napisane przez swoich speców piosenki, ścięła ich wtedy wiadomością, że ma już swoje utwory – nie chciała śpiewać dla bicia kazy, tylko chciała wyrazić siebie [A to dobre, hahaha!!!! Lepszego dowcipu to ja w życiu nie słyszałam!! :D DDD]. “Długo nie utrzymałabym się na rynku [Widzicie? Avril dba o to, by być na rynku, chce trzepać kasę i tyle.], ale nie dlatego, że nie znalazłabym odbiorców, ake przez to, że zadręczyłabym się śpiwaniem pod kogoś. To nie dla mnie [A co niby terza robisz? Jesteś sobą? To jakim cudem jeszcze żyjesz?]“. Ta autentycznosć i bezkompromisowość [hehehe] wiedzie Avril do wielu nagród i nominacji [Ci ludzie chyba nie mają słuchu] do najważniejszych wyróżnień w branży muzycznej. Konkrety? Może ona poszczyciś się ośmioma nominacjami do nagrody Grammy z ubiegłego roku, a w tym rywalizuje z innymi artystami aż w pięciu kategoriach [Chryste Panie, co się dzieje na rynku muzycznym! Aż strach się bać!]. Kanadyjski, czuli rodzinny przemysł muzyczny uhonorował ją nagrodą w kategorii Artystka roku oraz Popowy album roku [hehe, a ona się zapiera, że gra rock :D I jej fani nie widzą, że nie zdobywa rockowych nagród :D ] (“Under My Skin”), a jej rodacy docenili ją i przyznali nagrodę “oldfanowską”.
“Jestem szczera do vólu, śpiewam o tym, co myślę, co czuję, nie udaję. [A był smok?] Jeśli ktoś myśli, ze pazurki pokazuję tylko po to, żeby sprzedać jak najwięcej płyt, po prostu gada największe bzdury pod słońcem, bo mnie nie zna!” – zapewnia Avril [Biedna dziewczynka, przestraszyła się, że traci fanów, bo ludzie przestają widzieć w niej punka i teraz próbuje nas okłamać, żeby przyciągnąć ich znów. Avril, nie trzeba cię znać by WIDZIEĆ, czemu mają służyć te trampki i tona tapety na ryju.]. Jej piosenki z największą szczerością traktują o miłości [No pewnie, przecież pseudo-szczerość w sprawach miłosnych najlepiej się sprzedaje]., o rozczarowaniu i sama mówi o sobie, że tak naporawdę jest staroświecką romantyczką [I co? naeet już nie próbuje udawać, że jest inaczej, przyznała się do kłamstw - gratulacje!]. I przyznaje, że nie umie ubierać swych emocji w piękne słówka. [Kłamstwo goni kłamstwo, ah, ta avril] “Jeśli jestem zła, wściekła, sfrystrowana, nie powiem przecież, że czuję się z lekka podenerwowana, bez przesady! [Przecież tak ostre buntownice jak ja, muszą pokazywać swą dziką agresję!] Ja kocham autentyzm [to od razu widać, no nie?], wszelka sztuczność powoduje we mnie odruch wymiotny [oczywiście, że tak, wystarczy spojrzeć tylko na zdjęcia z poprzedniej notki] i nie oczekujcie, że spokornieję! [jak widać, doczekaliśmy się.]” – zapowiada Avril. Czy czegoś żałuje? Nikt jeszcze tego od niej nie usłyszał, co oznacza, ze raczej ejst zadowolona ze sposobu prowadzenia kariery [Bo wszyscy wiedzą, że lubi pieniążki.]”

Na więcej nie mam uż siły, Wy zapewne też nie. Przytoczę tylko jeden cytat w artykule i jego tekst końcowy.
“Nie mam zamiaru robić muzyki o różnych, powalonych farmazonach, dla mnie jest ona wyrazem mnie całej!”
Avril, czy ty kiedyś przestaniesz kłamać??

“Na razie uwględniła polskich fanów, dla których zagra już 5 czerwca w Katowicach [Niedni katowiccy Anty-fani!]. Będzie to jej pierwszy [I mam nadzieję, że ostatni ;) ] koncert dla polskiej publiczności, przyznaje, że jest lekko zestresowana. Niepotrzebnie jednak, prawda? [NIE, nie prawda.]. Dla nasto wielka, niebagatelna okazja, żeby zobazcyc Avril na żywca, jak daje czadu na scenie [no, rzeczywiście, strasznego czadu, Z dupy czadu, jeżeli już.]. Gdy piszemy ten artykuł, od koncertu Avril dzieli nas prawie miesiąc i aż tupiemy nogami ze zniecierpliwienia [to sobie tupcie dalej.]. Wierzymy, ze ani polska publiczność, ani Avril nie zawiodą! [Niestety, zawiodła i publika, i avril ;) ]. Do zobaczenia w katowickim Spodku!”

Dzisiaj notka bez zdjęć, za to treść wyczerpująca. Pozdrawiam.

Read the rest of this entry »

Just like heaven

Listopad 19th, 2009  / Author: admin

Just like heaven
Szarlotka się żegna …
Już w piątek wylatuje do Irlandi .
Więc żegna się teraz bo pewno zapomni później … eś xP
Szarlotka ściska wszystkich mocno i w ogóle :)
Trzymajcie się misiołki
(eś … to jakieś pokemonkowe słownictwo te misiołki…ale mniejsza o to)
Nie będe tutaj wymieniała wszystkich i żegnała się z każdym osobiście i wygłaszać jakieś przemowy … to się znajdzie niedługo na moim osobistym blogu  (ah. nie ma to jak reklamy xD )
Będe tęsknić również za tym blogiem … bo będzie mi brakowało śmiania się z własnej głupoty …
Bo najpierw coś sama tu napisze i dodam , albo BRyNiA albo razem ..
a potem wchodze i to czytam i sie brechtam poprostu .
Ale to dobrze być takim stukniętym ..
Przynajmniej życie można sobie umilić :)
Może jak dorwe neta wi Irlandi to coś skrobne .
Ale puki co ..
… do zobaczenia za dwa miesiące wszystkim !