Archive for Grudzień, 2009

długa noc

sobota, Grudzień 26th, 2009

Anioł wstał i wyszedł drzwiami ukrytymi za kotarą zakrywającą tylną ścianę komnaty. Ze swojego pokoju wziął ciężki miecz, zarzucił go na plecy, krótki miecz przypiął do pasa, tak samo jeden sztylet. Drugi schował do kieszeni w bucie.
Nagle roześmiał się.
-Popadam w paranoję, na litość boską, Niszczycielu, to tylko głupie demony!
Tak, zwykły miecz półtoraręczny i sztylet powinny wystarczyć.
Do jego obowiązków jako Niszczyciela należało także likwidowanie wszelkiego tałatajstwa piekielnego, które zaplątało się w rejony niebiańskie. Zajęcie było dosyć nudne, ale zazwyczaj nie wymagało specjalnego zaangażowania. Przynajmniej mógł w tym czasie porozmyślać. Mimo to zastanawiał się już kilka razy, czy nie zrzucić tej roboty na jakiegoś młodszego Anioła. Podszkoliłby się, miał zabawę… Tyle, że wtedy Sario zanudziłby się na śmierć.
Postanowił tym razem przespacerować się po obrzeżach Niebios. Czasami podchodziły tam demony i niepokoiły mieszkańców. Przeszedł przez jeden z portali na obrzeżach miasta. Niebiosa były ogromne i gdyby chciał iść na Obrzeża na piechotę, albo pojechać konno, to nie dość, że byłoby to męczące, to jeszcze zabrałoby mnóstwo czasu. A teraz akurat nie mógł sobie pozwolić na dłuższe nieobecności w domu, bo nie dało się przewidzieć, co wyniknie w związku z Lilith. Poza tym zawsze mogli się trafić jacyś awanturnicy, którzy są gotowi spalić kilka rezydencji przy każdej nadarzającej się okazji, niezadowoleni z władzy, którą Niszczyciel, chcąc, nie chcąc, reprezentował.
Podszedł do Krawędzi. W tym miejscu kończyły się Niebiosa i zaczynała Otchłań, rodzaj ziemi niczyjej pomiędzy Niebem a Piekłem.
Wszędzie wokół było tak spokojnie. Możnaby pomyśleć, że to zupełnie zwyczajny dzień. Chociaż… taki był, przynajmniej częściowo.
W najbliższej wsi mieszkający tam aniołowie wskazali mu, gdzie prawdopodobnie ma legowisko nękający ich potwór. Tak jak Niszczyciel się spodziewał, był to średniej mocy demon. Wyglądał jak miły, choć może nieco krwiożerczy pies.
-Przykro mi przyjacielu, ale taką mam pracę.
Wystarczyło jedno cięcie mieczem, aby upiór zniknął. Szybka i prawie bezbolesna śmierć. Sario rozejrzał się po kryjówce demona. Naprawdę duża nora, z wejściem osłoniętym ładnie kwitnącymi krzakami. Normalnie musiało tu mieszkać coś większego. Ale to nie była jego sprawa. Przynajmniej na razie.

Lilith zjadła kolację sama. Później czekała jeszcze chwilę, jednak Anioł nie wracał.
„W końcu nie siedzi tu cały dzień, bo czym by się zajmował? Wpatrywaniem w sufit czy obgryzaniem paznokci?”
Wróciła do swojego pokoju. Zdała sobie sprawę, że mimo kilkugodzinnego treningu i późniejszego wspinania się po regałach z książkami nie jest prawie wcale zmęczona. Usiadła na parapecie, ze swoją kotką na kolanach.
Dom Saria znajdował się na niewielkim wzgórzu, więc miała dość dobry widok na okolicę. Ze swojego okna widziała frontowe podwórze, żelazną bramę, a dalej światła kilku innych domów. Jeszcze dalej zaczynało się miasto. Raczej niskie domy, podobne do siebie, z białymi ścianami i błyszczącymi dachami wyraźnie odcinającymi się od niemalże czarnego nieba. Gwiazdy świeciły jasno i wyraźnie, jednak nie mogła rozpoznać żadnej konstelacji. Powróciła do przyglądania się miastu. Powoli coraz więcej świateł w oknach gasło. Lilith czuła, że powieki zaczynają jej wreszcie opadać. Przez chwilę wydawało jej się, że gdzieś bliżej centrum miasta widzi ogień, po czym zasnęła.

W momencie, kiedy stwierdził, że chyba już wróci do domu, usłyszał w głowie głos Pana Wojny. Był to członek Rady Kosmosu, ale mimo to przyjaciel Saria.
„Chyba mamy pewien problem…”
„Mamy?”
„Wyjaśnię wszystko u mnie.”
Arian zerwał przekaz.
„Wygląda na to, że dziś będzie długi dzień…”
Zaśmiał się ponuro. Gwiazdy właśnie gasły, niedługo wzejdzie słońce.

porozmawiajmy

piątek, Grudzień 25th, 2009

Ha, prawie bym zapomniała jej dodać… i nic by się nie stało, bo kto to czyta? aha, a do Yoshi – znowu stwierdzę, że nudne opowiadanie tworzę i kiepsko wyszło…

***

Lilith wstała niepewnie. Wciąż trochę bolały ją plecy i ręce. Spojrzała w lustro. Patrzyła na nią niesamowicie blada dziewczyna o bezdennych oczach i ciemnych, potarganych włosach, ubrana w mokrą i miejscami zakrwawiona szatę. Jej skrzydła były jeszcze lekko wilgotne i cała się trzęsła.
„Czy to wszystko naprawdę się dzieje?”
Wiedziała, że teraz nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie, więc tylko wzruszyła ramionami. Zdjęła suknię, w której spała, umyła się, założyła świeże ubranie… Przez chwilę męczyła się z zapięciem pasków nad skrzydłami. Nieznośnie paliła ją jeszcze podrażniona skóra.
-Scheisse…*
Podniosła z podłogi grzebień i ze złością byle jak rozczesała włosy. Znowu spojrzała w lustro.
„Beznadzieja. Dno.”
Wyszła z łaźni. Jej kotka, gotowa do zabawy warowała na dywaniku.
-Ja naprawdę nie mam siły, kiciuniu…
Podrapała ją za uszami, a kotka natychmiast przewróciła się na plecy, złapała ją łapkami za dłoń i zaczęła wbijać małe, ostre ząbki w palce. Lilith, chcąc nie chcąc, uśmiechnęła się.
„Przynajmniej to się nie zmieniło.”
Założyła glany, nawet ich nie sznurując i wyszła z komnaty. Wzory na ścianach wydawały jej się dziwnie znajome, jednak ich nie rozumiała. Jakby mówiły w języku, który powinna znać, a ona zawiodła ich zaufanie.
„Jeszcze trochę, a po prostu zwariuję… o ile już nie zwariowałam.”
Uśmiechnęła się krzywo.
Udało jej się nie zabłądzić po drodze. W komnacie siedział Anioł, z nieodgadnionym wyrazem twarzy i Kira, z zaciśniętymi ustami. Spojrzały na siebie.
„Pan inteligentny…” prychnęła w myślach Kira i wyszła bez słowa wyjaśnienia. Lilith odwróciła się do Anioła. Nie słyszała jego myśli. A przecież musiał myśleć.** Spojrzał na nią, ciągle z tym dziwnym wyrazem twarzy.
-Rada już wie, że jesteś w Niebiosach.
Krótka przerwa.
-Podejrzewam, że będą chcieli się z Tobą zobaczyć.
Kolejna, trochę dłuższa chwila ciszy.
-I co? Mam im się przedstawić „Cześć, jestem Lilith, Dziecko Chaosu”?
-Och, nie. Podejrzewam, że sami się zorientują.
-To może, „Cześć, wy chyba wiecie lepiej, kim jestem, po co to zbiegowisko”.
Lilith popatrzyła na Anioła jak na nienormalnego.
-Was wszystkich trzeba zamknąć w wariatkowie.
-Tyle, że w Niebiosach nie mamy wariatkowa. – powiedział niemal ze smutkiem. – Wariatów zsyłaliśmy na Ziemię.
-A teraz co z nimi będziecie robić?
-Będą zostawali członkami Rady. – powiedział pogodnie Sario i dziewczyna nie była w stanie stwierdzić, czy żartuje. Chyba zauważył jej wątpliwości, bo uśmiechnął się radośnie.

-Zjedz coś, potem zastanowimy się, co robić dalej.
-Ty wiesz, co to znaczy „zastanowić się”? – prychnęła Kira, która nagle stanęła w drzwiach.
„Dałabyś sobie spokój.”
Było to raczej uczucie, rodzaj zniecierpliwienia, jaki demonstrował Sario w stosunku do Kiry. Wyglądało na to, że jej skrzydlaci „opiekunowie” o coś się pokłócili.
„Och, drobna różnica zdań. Sario po prostu nie lubi jak się go nazywa złośliwym małolatem, który nie myśli, jeśli tylko może zobaczyć czyjąś głupią minę…”
Lilith o mało nie zakrztusiła się pitą kawą. Bardzo dobrą kawą. Spojrzała na uśmiechającą się Panią Przepowiedni.
„Czy wszyscy w nie… Niebiosach mają takie poczucie humoru?”
„Koślawe?”
Kira uśmiechnęła się pogodnie.
„Większość go nie ma w ogóle.”
„To jest naprawdę dom wariatów.”
„Czy Ziemia taka nie była?”
„Nie wiem. Chyba była, ale ja w tym wariactwie uczestniczyłam, więc nie rzucało mi się w oczy.”
„Teraz też, chcesz czy nie, musisz przyłączyć się do tego wariactwa.”
„Dlaczego?”
„Chcesz chyba żyć?”
„Żyć… Dla mnie życie jest działaniem. A teraz… Nic nie robię.”
„Jesteś. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to ważne.”
„Dlaczego? Dla kogo?”
„Jeśli powiem, że dla całych Niebios, to uwierzysz?”
„Nie. Niby czemu?”
„Jesteś Dzieckiem Chaosu. Możesz zmieniać swoje przeznaczenie, nie tylko je wypełniać.”
„Dziecko Chaosu…. Słyszę to już od was któryś raz, a ciągle nie wiem, o co chodzi.”
„Jesteś tu dopiero od przedwczorajszego wieczoru***, masz wiele czasu przed sobą. Pomyśl.”
Dziewczyna spojrzała w okno i lekko przekrzywiła głowę.
„To nie jest wiedza. Raczej świadomość czegoś. Rozumiesz?”
Kira skinęła głową. Wyglądała, jakby znalazła długo zagubiony fragment skomplikowanej układanki.****
-A teraz, może wyjaśnisz mi, co ty sobie myślałeś, mówiąc Radzie, że ich sobie olałeś?
-Powiedziałem ci przecież.
-Nie słuchałam, wybacz.
Pani Przepowiedni nie wyglądała, jakby jej było przykro, ani jakby była zainteresowana tym, co Anioł Śmierci ma do powiedzenia. On też nie wyglądał, jakby miał zamiar się tłumaczyć.
-Szacowanie konsekwencji czynów.
„Czy on może mówić normalnie?”
„Będziesz musiała się przyzwyczaić. Spotkać w Niebiosach kogoś wyrażającego się normalnie, to rzadka sprawa.”
-Za złamanie rozkazów nic nie mogą mi zrobić. Za krzywoprzysięstwo kara bywa niewspółmierna do czynu.
„Nie chce mi się tego słuchać.”
Lilith nawet nie zauważyła, kiedy wstała i znalazła się przy drzwiach, z ręką na klamce.
I nagle zrozumiała, że nie musi się usprawiedliwiać.

*Scheisse, właściwie przez betę, niemieckie słowo klucz. Tłumaczone na rozmaite sposoby, właściwie chyba najczęściej używane słowo. Tak ogólnie.
**surprise
***z tego można łatwo wywnioskować, że Lilith po wypiciu eliksiru spała ponad dobę – to naprawdę dużo.
****nie ma co, notka wyszła beznadziejna, czego dowodem jest ten opis. Chyba najbardziej wyeksploatowany opis w całej literaturze światowej. No, może jeden z kilku. Ale tak wyglądała, jej problem.

Biblioteka

środa, Grudzień 16th, 2009

Od razu lojalnie uprzedzam: Jeśli ktokolwiek ma ochotę to przeczytać, niech się dwa razy zastanopwi i ubezpieczy przed śmiercią z nudów… Przepraszam, ale ta akcja naprawdę nie może toczyć się szybciej…

***

W sali jadalnej siedział Anioł. NaZaplanowane stole stała waza z zupą i jakieś inne jedzenie.
-Dlaczego nie ma Kiry?
-Cóż, ma wiele innych obowiązków. Ale jutro po obiedzie zacznie cię uczyć.
-Czego?
Sario wzruszył ramionami.
-W każdym razie dzisiaj masz jeszcze wolne.
Lilith prychnęła.
-I tak nie mam tutaj co robić.
-Możesz się wylegiwać na patio albo poszukać czegoś do czytania w bibliotece.
-Masz tu bibliotekę? Gdzie?
-Nie powinnaś mieć problemów z jej znalezieniem.
Lilith skinęła głową, szybko skończyła jeść i zostawiła Anioła pogrążonego w rozmyślaniach.
Bibliotekę znalazła po rzeczywiście niedługich poszukiwaniach. Była to średniej wielkości komnata, z wielkimi regałami z ciemnego drewna, wypełnionymi księgami oprawionymi w skórę z wytłaczanymi tytułami. Przy wysokich oknach wychodzących na sad stało kilka foteli. Lilith wzięła pierwszą z brzegu księgę i usiadła wygodnie.
-„Proch i pył na wietrze”… Co to ma być?
Proch i pył. To jej coś przypominało, ale jak zwykle nie mogła sobie przypomnieć, co. Zaczęła czytać. Księga była dosyć zniszczona, część stron wyrwano lub zamazano.
„Proch i pył wiruje w powietrzu gdy nadchodzą Dni Sądu, będąc zapowiedzią tego, co zostanie. Budzi się wtedy moc w jednym z Dzieci Chaosu, Aniołów Zagłady…”

Lilith na chwilę przestała czytać. Dziecko Chaosu, Anioł Zagłady. A więc tym się stała?

„…I nastaje czas płomieni i śmierci, a gdy nie zostaną nawet zgliszcza, dusze odchodzą i radują się w Nieskończoności.”*

Z następnych kilku stron niewiele dało się rozczytać.

„Jednym z nich jest Niszczyciel, któremu dana została moc i władza nad światami, które za poleceniem władcy swego może niszczyć i powoływać.”

Znowu kilka kart wyrwanych lub zaplamionych.
„Kto się tak znęcał nad tą księgą?”

„A gdy nadejdą Dni Sądu dla NiebioZaplanowanes, przebudzi się Pani Chaosu i ukarze niewdzięcznych, co prowadzą do upadku
, a posłusznych przez ogień pośle do Nieskończoności. Na Zgliszczach zaś powstanie Królestwo Chaosu i Jego Dzieci.”

Lilith przerzuciła kolejne kilka stron w poszukiwaniu czytelnego tekstu.

„Nikt nie może przewidzieć, kiedy nadejdzie Czas Sądu, lecz Anioły Ciemności poczują swoją drogę i tylko wtedy będą niszczyć…”

Następne strony wydawały się być puste. Lilith odłożyła księgę na miejsce i zaczęła przeglądać inne tytuły…
„Księga Przepowiedni”, „Kronika Dni”, „Dzieje Niebios”, „Pani Aniołów”, „Władca”, wreszcie „Ostatnie dziecko Chaosu”.

„A ze zniszczonej planety przybędzie do Niebios i zostanie tam na czas, aż nadejdą Dni. A imię Jej będzie…”

Lilith niemal się roześmiała. Ta część karty została oderwana. Za oknem biblioteki zrobiło się ciemno, wywnioskowała więc, że czas na wieczerzę. Odstawiła księgę na półkę i wróciła do Anioła. Nie chciało jej się jeść, miała natomiast kilka pytań do zadania.

Mimo iż to koniec jestem szczęśliwa

wtorek, Grudzień 15th, 2009

Kończę opowiadanie definitywnie, ale jeszcze dzisiaj zmieniam szablon, zmieniam dużo rzeczy. I tak po za tym to mam propozycję: ABY KTOŚ PROWADZIŁ ZE MNĄ BLOGA!! NAJLEPIEJ KTOŚ KTO ZNA LEPIEJ ODEMNIE MYLOGA I UMIE SIĘ NIM PERFECT POSŁUGIWAĆ!!!!!!!! CHętni niech piszą w komentach, lub na gg: 755086 … Możecie zgłaszać się kiedy to się wam podoba :) Buziolki

Pod sufitem widniał wielki napis “For My Best Friend”, po podłodze walały się balony i serpentyny. Włączyłam muzykę, która z echem rozniosła się po całym domu. Widząc uśmiechy na ich twarzach czułam się dumna, że zrobiłam coś wyjątkowego, że pozytywnie ich zaskoczyłam i nie rozdrapywałam w ten sposób żadnych ran. To można było nazwać prawdziwym szczęściem, chciałam aby ten ostatni wieczór był tym najpiękniejszym.
Bawiliśmy się na całego, tańczyłam cały wieczór, to była pierwsza impreza bezalkoholowa na której wszyscy rewelacyjnie się bawili. Usiadłam zmęczona na kanapie, słabłam, czułam, że to mój ostatni dzień. A jednak byłam szczęśliwa, przez te wszystkie miesiące tutaj spędzone z przyjaciółmi ukrywałam bolesną prawdę, że mój czas na tym świecie się kończy. Od dawna choruję na raka, widać zostało mi to po dziadku, który nie jest moim dziadkiem. Takie to wszystko z skomplikowane.
Ręka bezwiednie opadła na oparcie fotela, przestałam nią czuć, przeszywały mnie bóle, które koiło szczęście. Obok mnie usiadł Tom i spojrzał nie pewnie w moje zamglone oczy
- Nic ci nie jest? – spytał
- Nie nic – szepnęłam ledwo słyszalnie, chciało mi się spać, miałam ochotę powiedzieć mu tylko dwa słowa i zasnąć… i nigdy się nie budzić. Zamknęłam oczy i przestawałam pomału słyszeć co się wokół mnie dzieje, słyszałam tylko jak ktoś mówi
- Bill!! Musimy ją zawieźć do szpitala, pomóż mi… – i film mi się urwał, czułam jak ktoś mnie bierze na ręce i cisza, spokój i cisza. Znalazłam się nagle w białym pokoju, czułam się jakbym leżała na chmurce. Pomału wstałam i skierowałam się w stronę światła. Coś mnie podkusiło, by skręcić w ciemny korytarz, zdawało mi się, że słyszałam czyjś wspaniały głos. Szłam nie widząć co jest przede mną, podążałam za głosem tak bardzo znajomym. Straciłam równowagę i runęłam jak długa na ziemię. Gdy otworzyłam oczy czar prysnął, usłyszałam pikanie i czyjeś szepty. Rozejrzałam się wokoło, byłam w niewielkiej sali, byłam podłączona do aparatury. Byłam tak blisko śmierci, a ktoś mnie uratował.
- Jak się czujesz? – spytała Miya, która jako jedyna siedziała obok mnie, Bill i Tom siedzieli na kanapie w kącie, Bill coś zawzięcie tłumaczył bratu, a on miał schowaną twarz w dłoniach. Georg z Gustavem stali nie opodal łóżka i uśmiechali się lekko na znak, że wszystko będzie dobrze. Po chwili weszła mama z tatą z radosnymi minami jak nigdy dotąd
- Córciu – zaczęła matka – Już nie martw się o nic – szepnęła i podeszła do bliźniaków coś szeptając na ucho. Wszyscy po chwili wyszli zostałam tylko ja i Tom, podszedł do mnie i usiadł obok patrząc na swoje kolana. Dotknęłam jego policzka i uśmiechnęłam się
- Nie odeszłabym bez pożegnania – szepnęłam
- A ja nie wypuściłbym się dopóki nie powiedziałbym Ci tego
- Czego? – spytałam zdezorientowana
- Kocham Cię… Delienko Kocham Cię najbardziej na świecie – zajrzał mi głęboko w oczy, nie mogłam uwierzyć własnym uszom, chłopak, któremu oddałabym wszystko mówi najwspanialsze dwa słowa
- Ja Ciebie też – powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. Przytulił mnie i dał buzi, takie jakiego nigdy nie przeżyłam.

Jechałam autem trzymając się za rękę z Tomem i myślałam o tym co będzie dalej. Obiecał mi że dotrzyma mi towarzystwa podczas rehabilitacji i jakiś operacji w Londynie, a przy okazji zabierze do prawdziwych rodziców. To co zakłamane zostało wszystkim wybaczone, umiałam wybaczać o tak.
Ujrzałam początek końca, otworzyłam nowy rozdział nie przekreślając starego. Oparłam głowę na ramieniu dredziastego i uśmiechnęłam się szeroko.

Niczego w życiu nie żałuję – pomyślałam w duchu…

CZĘŚĆ PIERWSZA

środa, Grudzień 2nd, 2009

Bloga będę prowadzić z Lazillą :P No to nasza pierwsza notka z nowym opowiadaniem :) Buziole

Młoda 12 letnia dziewczynka, o blond włosach, zielonych oczach i z charakterem nie byle jakim. Loriatanna miała straszne poczucie humoru, była uparta, otwarta dla ludzi, jeśli chodzi o kolegów zawsze wybiera tych najbardziej odludowaciałych, to znaczy takich którzy są nie lubiani lub unikani i samotni. Uwielbia pomagać ludziom lecz zazwyczaj nie jest bezinteresowna. Ma cięty język, pomimo swojego młodego wieku ujawnia się w niej ogromny potencjał muzyczny, choć wiele osób jej mówi, że nie potrafi śpiewać.

Właśnie szła droga powrotną do domu z psem. Mijała tabliczkę z napisem “Witamy w Loitsche”, by po chwili skręcić w lewo i wejść do swojego małego, a jednak przytulnego domku z basenem. Lubiła te spacery prawie pod samą górę w małym miasteczku, było tam przyjemnie i ładnie. Często przesiadywała godzinami opierając się o małą wierzbę rosnącą niedaleko wzgórza i myślała, tam pisała wiersze, piosenki i tam rozwiązywała wszystkie swoje problemy. Drugim takim miejscem był jej własny pokój na poddaszu wielkości kuchni, salonu i kawałka korytarza. A mówi, że nie jest wymagająca, w sumie to w jej królestwie jest masę wolnej przestrzeni, stoi tam tylko łóżko, szafa przesuwana z lustrem, kanapa z szafką i telewizorem, wieża na półce w kącie, dwie szafeczki nocne i gitara na stojaku ze wzmacniaczem. Nie grywała na niej często, dopiero się uczyła jednak musiała odłożyć nauki na pół roku, bo jej nauczyciel wpadł pod tramwaj, a rodzice odmówili następnemu chętnemu do uczenia młodej Loriatanny gdy ta na pogrzebie gitarzysty wybuchła śmiechem. Nie wiadomo z jakiego powodu, jednak od zawsze była dziwna.

- Mamo nie uwierzysz co się stało – krzyknęła od progu puszczając psa
- Loriatanna ile razy Ci mówiłam, że jak wracasz z deszczowego spaceru masz psu wytrzeć łapy? No co się tym razem stało? Pies “przypadkowo” rzucił się na listonosza? – z kuchni wyłoniła się młoda brunetka
- To nie było zabawne i w dodatku niechcący. Nie zamierzałam! Po prostu Gówno-ryje się wyprowadzają i sprzedają dom – oznajmiła cała dumna, gówno-ryjami nazywała sąsiadów z najładniejszym domem w Loitsche, bo raz podstawiła ojcu Barona nogę i wpadł twarzą w psią kupę.
- Ile razy mówiłam, żebyś nie wyzywała sąsiadów? Wiem, że są snobami ale nic na to nie poradzę
- I widzisz sama ich obrażasz – pokazała język i pobiegła w butach do pokoju słysząc jeszcze krzyki jej mamy. Nic sobie z tego nie robiła, wparzyła jak burza do pokoju i od razu na komputer (skąd ja to znam :D ).

“Te ciulik o której jutro się widzimy?” – napisała jej przyjaciółka Mimi
“A nie wiem, GÓWNORYJE SIE WYNOSZĄ” – odpisała
“A ja tam się nie cieszę” – odpisała
„Jak to się nie cieszysz? Ej kobieto o co chodzi?”
„Nie nic wszystko ok. :)
„No tak a maminek nie był smerfetką :/”
„No bo… Wiesz co spotkajmy się w lodziarni”
„Okej będę tam za 20 minut” – odpisała i szybko zamknęła laptopa nie wyłączając nic, to miała w nawyku i nikt nie umiał jej tego wybić z główki. Zbiegła na dół i weszła do kuchni po puszkę Coli
- Mamo idę do lodziarni, bo musimy pogadać z Mimi – oznajmiła
- Ej chwila chwila!! O której masz zamiar wrócić? Jest już 17 – przypomniała kochana jak zwykle mamusia która bardzo martwi się o swoje dzieci. Lori przewróciła oczami i dodała szybkim tonem
- Dżizas mother wrócę za jakąś godzinę góra dwie, jestem spakowana, zadania odrobiłam, psa wyprowadziłam, a jak wrócę podleję kwiatki z pokoju – kłamała jak z nut, a trudno się nie kapnąć iż było to oszustwo, bo Loriatanna nie miała w pokoju ani jednego kwiatka, jedynie suche róże w wazonie. Gdy doszedł do niej sens jej własnych słów postanowiła jak najszybciej się zmyć zanim mama zajarzy co jest nie tak. Wybiegła pośpiesznie z domu i ruszyła do kawiarenki „Sekunde”, gdzie czekała już jej czarno włosa przyjaciółka ze spuszczoną głową. Lori była pewna, że gdyby tylko ktoś ją popchnął to wpadłaby twarzą w pucharek z lodami i bitą śmietaną. Usiadła naprzeciw z puszką coli i otworzyła ją głośno, co wyrwało Mimi z transu. Spojrzała na nią brązowymi oczami, była czymś przybita albo bała się czegoś.
- Modlisz się do lodów? Wznosisz im hołd rozumiem nie przeszkadzam – uśmiechnęła się Lori i zaczęła sączyć napój z puszki
- Kocham Barona – odezwała się po chwili milczenia, Lotrianna pomyślała, że do głupie żarty ze strony przyjaciółki, bo często robiły sobie takie akcje
- Młodego czy starego? – zakpiła
- Młodego – odrzekła, a Lotria wypluła wszystko co miała w buzi na stół głośno krztusząc się co przyciągnęło wzrok ludzi siedzących nie opodal. Ona tylko obdarzyła ich morderczym spojrzeniem i wróciła do rozmowy z koleżanką
- Jak możesz kochać Barona Salcesona? – wycedziła przez zaciśnięte zęby, ogarniała ją wściekłość, czuła się oszukana. No bo jak jej najlepsza przyjaciółka mogła się kochać w jednym z jej największych wrogów. Uderzyła ręką w stół i spojrzała wściekle w spanikowane oczy. Jej wadą było to, że rządziła i uważała, iż może na wszystko sobie pozwalać. Problem wcale nie leżał w wychowaniu przez rodziców, bo wychowanie było wzorowe, tylko w genach po dziadku, który był identyczny.
- Ja… Ja nie wiem… Bo pamiętasz co przegrałam zakład i miałam iść z nim do kina? To on był taki miły uprzejmy i w ogóle
- Taa pewnie zaimponował ci tym, że umie wcisnąć w swoje wielkie dupsko stos Hamburgerów w ciągu 30 sekund, a kiełbasę wsysa jak spaghetti – zadrwiła ściskając już pustą puszkę, jej zawartość leżała w 30% na stole, 20% w jej brzuchu, a reszta na ziemi.
- To nie tak. Lotria nie mów tak, on wcale taki nie jest. Wydałaś nad nim sąd ostateczny i nie dałaś mu szansy pokazania jakim człowiekiem jest naprawdę – tłumaczyła Mimi
- A idź. Skoro tak bardzo kochasz tego Salcesona od Parówek to idź sobie do niego, a ode mnie się odwal. Nie pisz nie dzwoń i nie przychodź – krzyknęła
- Przestań mną rządzić!! On Ci nic nie zrobił
- Zachowujesz się jak… jak dziwka – oznajmiła i wyszła zostawiając zapłakaną przyjaciółkę. Wróciła do domu i nie odzywając się do nikogo trzasnęła drzwiami od pokoju, puściła Linki Parka – Dedicated na full i ukryła twarz w poduszce. Zaczęła w nią krzyczeć jak tylko mogła, a głos miała potężny. Gdy skończyła wyć, zaczęła płakać nad swoim losem użalając się. Pierwszy raz w życiu pokłóciła się z osobą która była dla niej jak siostra. Z przekonaniem, że ona ma rację poszła spać, wcześniej oczywiście wyłączając wieżę.

Rano wstała i od razu zeszła na dół w piżamie, siadła przy stole i zaczęła pić kawę.
- Nie jesteś za młoda na kawę? – oburzyła się mama odkładając gazetę i pakując papiery do teczki, mama jej pracowała w jakimś biurze podróży, a tato był właścicielem sieci firm w całej Europie. Na brak pieniędzy nie narzekali
- Ależ oczywiście – powiedziała z sarkazmem i ironią
- A ty co? Siora wyglądasz jak garfield w poniedziałki – zaśmiał się jej brat, który właśnie wszedł do kuchni
- Po pierwsze jest poniedziałek, a po drugie nie obrażaj garfielda, bo ma wyższy poziom inteligencji niż ty – powiedziała i wyszła z kuchni biorąc kanapki z szynką i jabłko. Kolejna rzecz ją wkurzyła z rana, a mianowicie brak puszek z colą, które tak kochała. Gdyby mogła piłaby Red Bulle, ale na to mama już się nie zgadzała, bo to tylko dodawało jej energii i w obawie o zdrowie własne i innych ludzi wolała nie ryzykować.
Usiadła na swoje łóżko i uderzyła dłonią w czoło zjeżdżając ręką po twarzy
- Zadania! – mruknęła, no tak jak zwykle zapomniała ich odrobić. Chwyciła telefon i już zaczęła wystukiwać numer Mimi, gdy doszło do niej, że już nie są przyjaciółkami, bo nie kumpluje się z debilami. Jej charakter brał górę nad sercem, które tęskniło za spacerami i plotami z czarnowłosą. Posępnie wlokąc się ruszyła do szkoły, na przystanku stała Mimi, minęły się nic nie mówiąc zadzierając tylko nosy do chmur. Lotria podeszła do Gustava jej najlepszego kolegi, był rok starszy ale jej to nie obchodziło zbytnio. Lubiła go bardzo za jego poczucie humoru. A w ogóle on ją rozumiał bez słów, znali się od dziecka.
- Co jest? – spytał – Aha dobra już wiem, poszło do Barona Juniora?
- Nie o babcie Brunhilde z Magdeburga pod Londynem – zakpiła i rzuciła mordercze spojrzenie na swoją ex friend. Gustav tylko pokręcił głową i zaczął wykład o tym, że znów Lori nie odrobiła zadań. Ona wyłączyła się na cały świat i myślała tylko jakby tu pogodzić się z Mimi aby nie wyszło, że to ona miała racje.

Tymczasem jej przyjaciółka rozmawiała z Melindą i Efendi, które zapewniały ją o tym, że nie może dać się pomiatać jakiejś smarkuli
- Ja bym jej dogadała – oznajmiła Melina z chytrym uśmieszkiem na twarzy uderzając pięścią w otwartą dłoń. Od dawna miała zatyczki z Lori o to która lepiej tańczy. Efendi tylko kiwała głową na znak że popiera, choć podziwiała młodą buntowniczkę za to, że potrafi poradzić sobie w tak wielu sytuacjach
- Wiecie co – zaczęła Mimi – macie racje, zaraz pójdę i wygarnę jej wszystko – jej koleżanki zaczęły jej wtórować i klaskać

Lotrianna stała tępo gapiąc się w przestrzeń, z transu wyrwał ją Gustav zapowiadając nadejście koleżanki, już w duchu buntowniczka ucieszyła się, bo miała nadzieje że to Mimi przeprosi ją za to, że kocha Balerona
- Lotria mam tego dosyć!! Sama jesteś beznadziejna! Nienawidzę cię! Będę kochać kogo chcę!! I wiesz co Ci powiem? Twoja sałatka jest ohydna – krzyknęła i weszła do autobusu który właśnie przyjechał zostawiając Lori z otwartą gębą. Gustav wciągnął ją siłą do busa szkolnego i zajęli miejsca wraz z Delieną, Lazillą i Georgiem. Lori nie mogła uwierzyć w to co usłyszała, zabrakło jej textu. Była wkurzona, że dała się tak łatwo, że nie umiała znaleźć odpowiednich słów, by dogadać tej idiotce.