Archive for Październik, 2009
środa, Październik 28th, 2009
Niestety, wyszło trochę nudnawo, ale czasami jest tak, że jeśli pisze się coś długiego, to akcja nie rozwija się zbyt szybko…
***Zaplanowane
Na korytarzu zaklaskała głośno. Prawie natychmiast pojawił się służący.
-Przynieś coś do jedzenia dla mojego kota.
-O… oczywiście, Szanowna Pani Lilith. – wyjąkał służący i szybko się oddalił. Dziewczyna przez chwilę patrzyła za nim. Nie chciało jej się wracać do komnaty.
-Wygląda na to, że jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale i tak zaczyna mi się tu podobać.
Uśmiechnęła się sama do siebie.
Przeszła przez kilka korytarzy, zeszła po jakichś schodach i znalazła się na wewnętrznym dziedzińcu domu. Słońce świeciło, niebo było prawie bezchmurne. Podwórze miało kwadratowy kształt, przypominało jej trochę patio domu wczasowego nad morzem, gdzie była kilka razy*. Tylko tutaj rośliny były inne. Piękne, czarne, brązowe, czerwone i pasiaste róże, ale też sporo kwiatów polnych, dziwnie wyglądających po tym, co działo się wcześniej. Tak zwyczajnie.
Lilith zeszła po trzech, może czterech stopniach do fontanny stojącej na środku. Wdrapała się na jej ocembrowanie i przez chwilę czuła się, jakby wróciła na kolonie*(tak, ta sama gwiazdka). Potem otworzyła oczy.
-Ale teraz już nie ma tych ludzi, nie ma Ziemi… Nie ma nawet mnie. – wyszeptała. Nagle, z niespodziewaną nawet dla siebie złością syknęła głośno.
-W końcu nie jestem już małą Lilianną, jestem Lilith.
Zaczęła się śmiać.
„Ale co to znaczy? Czy to ma jakieś znacznie? Wiem już, że jeśli chcę czegoś, to mogę to zrobić? Co mi da fakt, że Sario nauczy mnie posługiwać się mieczem, a Kira magią, skoro na jeden rozkaz Rady zostanie ze mnie wspomnienie? Nie będę się łudzić, że mnie ochronią. Nie, nie zobaczycie mnie na kolanach…”
Usiadła na mokrych kafelkach położonych na obramowaniu fontanny.
-Mimo to, mogę chyba cos zrobić?
Rozejrzała się jeszcze raz wokół siebie. Błękitne niebo, kamienne podwórze nagrzane od słońca, mimo, że było jeszcze wcześnie. Kwiaty…
-Drogie kwiatki, nie uważacie, że trochę nie pasujecie do otoczenia?
Prawie się nie zdziwiła, kiedy na jej jedno skinienie róże zmieniły się w wiecznie zielone krzaki, jakie pamiętała jeszcze z tych wakacji.
Tak, teraz naprawdę czuła się jak u siebie.
Siedziała tak przy fontannie wygrzewając się na słońcu, dopóki nie nadszedł Sario. Przelotnie spojrzał na przemienione kwiaty i oparł się o kafelki kawałek dalej.
-Odpoczęłaś?
-Chyba tak. To dobrze, bo lepiej żebyś przed spotkaniem z przedstawicielami Rady nauczyła się choć trochę walczyć. Dla twojego bezpieczeństwa.
Skinęła głową.
„Skończyły się wakacje, czas do roboty.” – pomyślała. Znowu wszystko wydawało jej się takie nierealne.
-Kiedy zaczynamy?
-Już.
Odwróciła się zaskoczona.
-Tylko musimy znaleźć ci jakiś miecz.
Poszli razem z powrotem do domostwa. Po przejściu kilku korytarzy Niszczyciel otworzył drzwi.
-Pani pierwsza.
Lilith weszła do niezbyt dużej komnatki, prawie całkowicie wypełnionej bronią, zbrojami i innymi rzeczami, których przeznaczenia mogła się domyślać. Anioł szybko znalazł średniej długości miecz, o czarnej, prostej rękojeści owiniętej pasami ze skóry i klindze z ciemnego, ale jakby świetlistego metalu. Po chwili namysłu rzucił jej też skórzane rękawiczki, trochę podobne do motocyklowych. Podał jej też pas i pochwę do miecza wykonane z ciemnej skóry, z wytłoczonymi runami.
-Gotowa?
Skinęła głową. Co innego mogła zrobić?
Wyszli do znajdującego się za domeZaplanowanem sadu. Pomiędzy drzewami wiodła szeroka ścieżka, prowadząca do furtki w ogrodzeniu posesji. Za nią znajdowało się wzgórze i las. Lilith wydał się on mało przyjazny i… mroczny. Zaśmiała się w duszy.
„Mroczny…”
Zdawało jej się, że na Ziemi to słowo miało jakieś inne znaczenie, ale nie pamiętała już, jakie. Na razie poszła za Aniołem między drzewa, na trawiasty placyk.
-To byłoby niezłe miejsce na piknik.
Anioł zignorował jej zaczepkę. Na razie miało to być miejsce treningu.
-Wyjmij miecz.
Popatrzył na nią krytycznie, kiedy niezbyt wprawnie ujęła broń.
-Trzymaj go pewnie. Nie ugryzie cię.
-Łatwo ci mówić. Nie chcę go sobie spuścić na stopy.
-W ten sposób na pewno to zrobisz.
Sario pokazał jej wreszcie, jak powinna trzymać miecz.
„Zdecydowanie wolałam walki na kije na koloniach. Przynajmniej były lżejsze.”
Nie miała wiele czasu, żeby użalać się nad sobą. Po kilku godzinach spędzonych na powtarzaniu różnego rodzaju zasłon, uników i pchnięć ledwo utrzymywał miecz w ręku. Anioł najwyraźniej to zauważył.
-Na dzisiaj koniec. Za jakąś godzinę powinien być obiad.
Odwrócił się i odszedł. Lilith natomiast schowała miecz i usiadła pod najbliższym drzewem.
„Dlaczego to żelastwo jest takie ciężkie? Nigdy chyba nie nauczę się tym posługiwać…”
Po kilku minutach odpoczynku dźwignęła się na nogi i powoli wróciła do domu. W komnacie zdjęła pas z mieczem i poszła do łaźni. W końcu po treningu należała jej się kąpiel. Chłodna woda w wannie była tak przyjemna po kilku godzinach spędzonych na słońcu, że dziewczyna zasnęła. Obudziła ją kotka, która siedziała na brzegu wanny i trącała ją łapką. Lilith szybko wyskoczyła z wanny, założyła suknię i wyszła, żeby nie spóźnić się na obiad. Nie zdążyła nawet przejrzeć się w lustrze…
*Zainteresowanych odsyłam, żeby poszukali w necie zdjęć ośrodka Uniwersytetu Warszawskiego w Łukęcinie… Tam jest po prostu pięknie, a jeśli chodzi o fontannę… W czasie dyskotek może nieźle służyć za podium do tańczenia, ewentualnie do ożywiania zbyt drętwej atmosfery (nie, to chyba nie na moim turnusie) podczas innych imprez (Proszę nie wychlapywać wody, cali mokry jesteście… – A Pani Dyrektor to nas może chlapać?). Tyle tytułem wyjaśnienia….
niedziela, Październik 25th, 2009
Same pojeby tutaj są – myślała Lotria jedząc kolację – “number one – babochłop ładny, ale noo kurcze noo… babowaty… co, jak co, ale ja orientacji specjalnie dla niego zmieniać nie będę……number two – drutomajtas? ….ten jeszcze lepszy…tylko te “włosy”…w dodatku wygląda. jakby miał na sobie worki po kartoflach, za niedługo się w nich utopi…ja to mam życie…i co tu wybrać…tak to jest dobre słowo – CO!! Że też musieli się wprowadzić, same problemy przez nich…”-prowadziła monolog w myślach…
-Lotria…modlisz się do tego talerza? Zaraz mi tutaj dziecko zaśniesz nad tymi kanapkami…-A właściwie…może opowiesz mi coś o tym chłopcu córeczko…
-Tyle razy ci mówiłam żebyś nie mówiła do mnie “córeczko” – krzyknęła Lori…-a co do Billa to…
-Bill? A któż to? -dziewczyna dopiero teraz zauważyła, że ojciec wrócił do domu…Czyżbym o czymś nie wiedział? – uśmiechnął się znacząco ojciec blondyny..
- Nie tato to żaden mój chłopak i nie będę się z nim żenić – uprzedziła blondyna, zawsze ją to denerwowało, bo nie interesowała się chłopakami, a ojciec najchętniej wrzuciłby ją z nikim przed ołtarz, bo uważał, że jest dorosła
- Aha – mruknął niezadowolony i poszedł pod prysznic
- No to co ta za chłopiec?
- No jejku, Bill ma na imię mieszka gdzieś tutaj obok, chyba w domach po Baronach. jejku nie wiem znam go pare godzin zaledwie, a teraz jak nie masz nic przeciw to pójdę się myć i spać – wstała od stołu i poszła do pokoju biorąc puszkę z colą i kanapkę z sałatką ” przerzucam się na wegetariaństwo” pomyślała i uśmiechnęła się zadziornie do siebie, usiadła na komputer i włączyła gadu gadu. Zawsze gdy ponawiała tę czynność czekały na nią wiadomości od jej przyjaciółki, a teraz cisza. Nie miała wielu osób na gadu, jedynie Delienę, Efendi, Lazillę, Gustava, Mimi, Georga, Melindę, Ruperta oraz pare kuzynek. Jedynie chętnie z nią rozmawiał teraz Georg, Deliena i Lazilla, wszyscy jednak po chwili kładli się spać, bo było już po 22. Zmorzył ją sen, a w tym momencie wpadła na genialny pomysł jak pogodzić się z Mimi, na szafce leżała pożyczona od Mileny prostownica do włosów.
“Cześć, słuchaj mogłabym wpaść jutro? Bo zostawiłaś prostownicę” – napisała pośpisznie
“Po co chcesz przychodzić? Żeby znowu mnie wyzywać? Nie dziękuję pa” i zeszła z gadu, Lotria czuła jak po jej policzkach spływają łzy
“Nic z tego nie będzie, za późno na cokolwiek, zadowolona jesteś z siebie?”- pomyślała Lori, wycierając łzy z policzków, ale za każdym razem powodowało to jeszcze większy strumień łez…płakała, było to nie zależne od niej…nagle poczuła się samotna, niezrozumiana…zagubiona…”co ja najlepszego zrobiłam, po co…?”-myśli nie dawały jej spokoju, najchętniej pobiegłaby teraz do Mimi, przeprosiłaby ją i błagała o dalszą przyjaźń, ale przepraszanie nie leżało w naturze Lori….”Nie mogę jej pokazać, że cierpię, że sobie nie radze…Jak tak dalej pójdzie stracę wszystkich przyjaciół…najpierw Milena, teraz Gucio…kto będzie następny? Georg, Deliena…a może Lazilla?…”-zaczęła wyliczać Lori…”Za niedługo zostanę sama, nie będzie nikogo z kim będę mogła porozmawiać…a wszystko przez jedną głupią kłótnie…przez mój przerażający charakter”- kontunuowała…
“Jedynie te cymbały mi zostaną, ale… jejku kopnęłam Billa a on doprawdy nic takiego mi nie zrobił. Kopnęłam go bo mi się podoba, a nie chcę żeby mi się podobał. Jestem samolubna, najlepiej pójdę i się powieszę” – pomyślała i opadła na łóżko zasypiając. Męczyły ją koszmary, a cały tydzień był pełen ciężkiej roboty, w dodatku chciało jej się płakać gdy widziała siedzącą obok niej Mimi skupiającą się na pracy. Widziała tylko jej zimne oczy, które niegdyś patrzały z blaskiem i szczęściem, słyszała mroźny i obojętny głos, który niegdyś wtórował jej przy wielu sprawach. A ona zawaliła, przez jej egoizm zepsuła to wszystko co było wspaniałe
- Lori, masz już tę piosenkę? – spytał Gustav w piątek przy ich kolejnym spotkaniu – wypadałoby mieć ją już i zacząć ćwiczyć skoro w poniedziałek mamy grać – nadal miał do niej żal o wszystko. Lori kiwnęła głową, a wszyscy wpatrzyli się w nią jak w obrazek czekając aż zacznie śpiewać.
Chciałabym ale wiem
Nie cofnę czasu nie
Chciałabym ale wiem
Nie umiem przepraszać nie
Mijałam każdy dzień
Nie zważając że biegną inni
Podrzucałam im kłody pod nogi
By osiągnąć swą własną satysfakcję
Irytację poczułam znów,
gdy poczułam co naprawdę ważne
Nie cofnę czasu wiem
Nie umiem przepraszać nie
Kto wie, a może kiedyś
Lepszy będzie dzień
Słońce wyżej wzejdzie
i uratuje mnie
Jakbyś mogła szansę dać
Jakbym mogła cofnąć czas
Zaczęłabym patrzeć na wszystko z dystansem
Nauczyłabym się kochać, patrzeć żyć
Z przyjaciółmi spędzać czas
Dla nich być
Całym światem…
zakończyła, a z jej oczu popłynęły łzy. Zapadło milczenie
Wszyscy byli po wrażeniem jej występu…Jedynie Gucio i świadkowie ich kłótni -bliźniacy widzieli prawdziwy sens słów, które przed momentem wyśpiewałam Lotria. Reszta nie do końca, toteż Lazi, Del i Georg nie rozumiejąc powagi sytuacji wstali i zaczęli bić brawo…jak szaleni…Nagle dotarło do nich, że to nie czas ani miejsce na wygłupy…Wszyscy siedzieli teraz wpatrzeni w Lotrie i Mimi…czekali na jej reakcje…Tom nie dawał za wygraną i nawet w takiej chwili zabiegał o względy dziewczyny…latał jak idiota wokół niej z chusteczkami i wycierał jej mokre od płaczu policzki…
-Toooooomm! Odwal się ode mnie…słyszysz…?! zostaw mnie w spokoju…wsadź se w dupę te chusteczki.. mam dooość…nie mam już siły i ochoty tak dłużej żyć – Lori wybiegła na zewnątrz i pognała ile sił w nogach do pobliskiego parku…tam mogła sobie spokojnie popłakać i żaden półgłówek nie latał za nią z chusteczkami…usiadła na ławce i ukryła twarz w dłoniach…czuła się przegrana, czuła, że nie wytrzyma tak dłużej….
-Nie moge…nie moge! -zaczęła krzyczeć…Czy ja zawsze musze wszystko zniszczyć?! Dlaczego zrozumiałam swój błąd dopiero teraz…DLaaczego…-
krzyczała Lotria nie przerywając płaczu…szlochała coraz bardziej…a łzy coraz szybciej spływały po jej policzkach. Chciała bym zasnąć….zasnąć i już nigdy, przenigdy się nie obudzić…-krzyczała w dalszym ciągu Lori…-Nie mów tak…w ten sposób nie rozwiążemy problemów….jedynie uciekniemy od nich, a to jest zwykłe tchórzostwo…-W pierwszym momencie blondyna nie rozpoznała głosu przyjaciółki…Była przekonana, że to Tom…w końcu miał równie piskliwy głos jak baba….
-Zjeżdżaj Tom…już cię tu nie ma! – wycedziła zapłakana dziewczyna…
-A ja…też mam stąd iść? Mnie też nie chcesz widzieć i ze mną rozmawiać? – Dopiero w tym momencie blondyna uniosła głowe, żeby zobaczyć kto stoi koło niej….Nie mogła uwierzyć własnym oczom…to była Mimi…Bacznie przyglądała się przyjaciółce, swoimi dużymi, brązowymi oczami, w których Lotria dostrzegła łzy…
-Mmmmimi? – wydusiła blondyna…co ty tutaj robisz? Ja nie wiedziałam, że to ty…Jeżeli chcesz mi teraz powiedzieć, że jestem potworem bez serca, to błagam…nie rób tego…wiem że postąpiłam źle, wiem, że powinnam była się inaczej zachować…Nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło…nie wiem co się w ogóle ze mną wcześniej działo…jak mogłam być taka nieczuła?!…ohh.. Mimi…tak bym chciała cofnąć czas…zapomnieć o tym co było i zacząć jeszcze raz…
- Again and Again, you coming soon… – zanuciła przyjaciółka przez łzy, to była ich ukochana piosenka śpiewały ją zawsze gdy było im smutno, ułożyły ją jak były pod namiotami 5 lat temu, wtedy się poznały. Stały tak naprzeciwko siebie i żadna nie umiała już wydusić słowa, padły sobie w ramiona i mówiły sobie najwspanialsze rzeczy na świecie
- Nie umiem bez Ciebie żyć – wyszeptała Lori
- Ja bez Ciebie również będziesz moją…
- Będę twoim oddechem, twoim sercem, drogowskazem, podłożem, oparciem i czym tylko zechcesz – powiedziała pełna dumy z samej siebie, teraz jej koleżanka nie była w cieniu, była na równi, obydwie były na jednym stopniu, oby dwie tak samo ważne. I Lotria mimo obaw nie czuła się zazdrosna, a wręcz szczęśliwa. Te dni były dla niej najgorsze na świecie, nauczyła się kochać
- Poznasz mnie z Billem? – spytała nieśmiało Mimi
- Ładny jest prawda? – zagadnęła blondyna, przyjaciółka otworzyła oczy ze zdumienia, bo nie mogła uwierzyć własnym uszom – No gdyby nie to coś co ma na głowie – zaśmiały się obydwie i ruszyły w kierunku jej domu trzymając się za ręce i machając nimi
- A wiesz, że przydomek gównoryje do nich pasuje od nazwiska? – spytała Mimi szczerząc śliczne białe ząbki
- No jaasne, ale Billa nazywamy Gównoryj, a Toma
- DRUTOMAJTAS – powiedziały równo, zaczęły się śmiać na całego, a żadna z nich nigdy nie czuła się tak wspaniale. Choć zadziorny charakterek Lori został to nauczyła się doceniać kim naprawdę są dla niej przyjaciele. Niegdyś znajdowała sobie tylko ludzi opuszczonych i pokrzywdzonych przez los, bo chciała być dla nich kimś w rodzaju Boga, a nauczyła się, że nie na tym rzecz polega. Cała przyjaźń oparta jest na wspólnym zaangażowaniu w pracę, na tolerancji, na dawaniu poczucia bezpieczeństwa, bycie dla kimś oddechem i każdym dniem.
czwartek, Październik 15th, 2009
SiemankO! Wybaczcie, że tak długo nie było notki ale wiadomo wakacje, czas odpoczynku dla jednych a dla drugich wariactwo i praca. Nie mam wakacji, raz bumbluje ale w większości to zajmuję się czymś sensownym. Dzisiaj rano biegałam, jeszcze cosik musze poćwiczyć, śpiew, teksty, angol… uufff!! Zdycham Ale ekefety będą powalające i o to chodzi prawda? No to ja nie zanudzam, dziękuję za komentarze i pliska o dalsze wpisy :] Buziole
WASZA DELIENA
- Taaa.. tylko wszystkie wybierają ciebie
- Wiesz w czym problem?
- Nie…
- W tym, że, no kurczę to będzie bolało ale dobra. Bo czasami wyglądasz i zachowujesz się jak baba – oznajmił i wzruszył ramionami, Bill spojrzał morderczo na brata i poszedł szybszym krokiem do domu. Różne myśli przechodziły mu przez głowę, a najcenniejsza i zarazem najbardziej bolesną była Loriatanna. Szybko wszedł do swojego pokoju i zaczął oglądać się z różnych stron w lustrze, jego mama z zaciekawieniem przyglądała się przez uchylone drzwi, nie umknęło to uwadze czarnucha
- Mamoo Wyjdź, jestem zajęty – wygonił ją machając rękami na wszystkie strony, Simone tylko się uśmiechnęła i poszła do Toma na spytki
- Nie wiesz może co mu się stało? – spytała siadając obok Toma na łóżku, który grał na gitarze
- Przeżywa kryzys, dostał kosza od dziewczyny i w dodatku on twierdzi, że Bill wygląda jak baba – wyszczerzył się i powrócił do czynności – Dżizas nie masz nic do roboty? musze ćwiczyć na występ
- No dobra dobra – rzekła oburzona i wyszła, kto jak kto, ale Pani Kaulitz czasami zachowywała się jak młodzież, a nie jak dorosła i poważna kobieta. Jej synowie za to ją cenili, że była wyjątkowa a nie jakaś wielce opiekuńcza mamuśka, która w wieku 12 lat chciałaby im zmieniać pieluchy.
Tom kontynuował swoją grę…”Musze zagrać bezbłędnie, wtedy zyskam w oczach Lori” pomyślał….”Ciekawy jestem, co Bill zamierza ze sobą zrobić…nawet nie chce o tym myśleć. Mam taką cichą nadzieje, że nie zamierza zmienić fryzury bo oszpeci się całkiem…może lepiej tam do niego pójdę, w razie czego będę wiedział co mój genialny braciszek zamierza”…Tom wślizgnął się cichaczem do pokoju brata i przemknął pod ścianą na fotel, tak żeby czarnuch go nie zauważył w lustrze…
- Ale przecież powiedziała, że jestem ładny, podobam jej się…Może nie musze niczego zmieniać…Ale jeżeli Tom miał racje…tym razem nie dam za wygraną…Lori będzie moja i już – powtarzał pół głosem, ale nie na tyle cicho, żeby brat nie usłyszał…
- buhahaha….kretyn…-usłyszał śmiech Toma…w tym momencie czarnuch odwrócił się i dostrzegł brata za sobą….
-Jak długo tu siedzisz? – powiedział rozwścieczony…
-Na tyle długo żeby wszystko słyszeć…buhaha…. -I tak przegrasz smarkaczu …Ta dziewczyna będzie moja…-rzekł z triumfalnym uśmieszkiem Tom, który nie był gotowy na przegraną. Zawsze dostawał to co chciał
- Pfff a ty nie lepszy, 10 minut starszy i świeci – warknął Bill – jeszcze zobaczymy z kim będzie
- No ja wiem, że ze mną, bo lesbijką raczej nie jest – zaczął brechtać dred
- Spierdalaj – wykrzyczał na cały dom i już miał się rzucać z pięściami na bliźniaka, gdy do pokoju wbiegł ich ojczym Jorg
- Co to za słownictwo? – pytał się lekko wkurzony przytrzymując Billa – zero kłótni rozumiecie? Człowiek wraca zmęczony a wy jeszcze się bijecie, jazda do pokoju Tom – mówił spokojnym, ale stanowczym i poważnym głosem. Bez oporu blondyn wyszedł do pokoju na koniec pokazując bratu faka i uszył do pokoju
- Widziałem to – rzekł ojciec mijając go na korytarzu. Simone w tym czasie siedziała w kuchni i słyszała wpierw trzask drzwi Billa, potem Toma i na koniec jej i męża sypialni. Oczywiście potem przez 20 minut dało się słyszeć różne hałasy, złość, wariowanie i marudzenie. Pokiwała głową i uśmiechnęła się do siebie…
|
|