długa noc
Anioł wstał i wyszedł drzwiami ukrytymi za kotarą zakrywającą tylną ścianę komnaty. Ze swojego pokoju wziął ciężki miecz, zarzucił go na plecy, krótki miecz przypiął do pasa, tak samo jeden sztylet. Drugi schował do kieszeni w bucie.
Nagle roześmiał się.
-Popadam w paranoję, na litość boską, Niszczycielu, to tylko głupie demony!
Tak, zwykły miecz półtoraręczny i sztylet powinny wystarczyć.
Do jego obowiązków jako Niszczyciela należało także likwidowanie wszelkiego tałatajstwa piekielnego, które zaplątało się w rejony niebiańskie. Zajęcie było dosyć nudne, ale zazwyczaj nie wymagało specjalnego zaangażowania. Przynajmniej mógł w tym czasie porozmyślać. Mimo to zastanawiał się już kilka razy, czy nie zrzucić tej roboty na jakiegoś młodszego Anioła. Podszkoliłby się, miał zabawę… Tyle, że wtedy Sario zanudziłby się na śmierć.
Postanowił tym razem przespacerować się po obrzeżach Niebios. Czasami podchodziły tam demony i niepokoiły mieszkańców. Przeszedł przez jeden z portali na obrzeżach miasta. Niebiosa były ogromne i gdyby chciał iść na Obrzeża na piechotę, albo pojechać konno, to nie dość, że byłoby to męczące, to jeszcze zabrałoby mnóstwo czasu. A teraz akurat nie mógł sobie pozwolić na dłuższe nieobecności w domu, bo nie dało się przewidzieć, co wyniknie w związku z Lilith. Poza tym zawsze mogli się trafić jacyś awanturnicy, którzy są gotowi spalić kilka rezydencji przy każdej nadarzającej się okazji, niezadowoleni z władzy, którą Niszczyciel, chcąc, nie chcąc, reprezentował.
Podszedł do Krawędzi. W tym miejscu kończyły się Niebiosa i zaczynała Otchłań, rodzaj ziemi niczyjej pomiędzy Niebem a Piekłem.
Wszędzie wokół było tak spokojnie. Możnaby pomyśleć, że to zupełnie zwyczajny dzień. Chociaż… taki był, przynajmniej częściowo.
W najbliższej wsi mieszkający tam aniołowie wskazali mu, gdzie prawdopodobnie ma legowisko nękający ich potwór. Tak jak Niszczyciel się spodziewał, był to średniej mocy demon. Wyglądał jak miły, choć może nieco krwiożerczy pies.
-Przykro mi przyjacielu, ale taką mam pracę.
Wystarczyło jedno cięcie mieczem, aby upiór zniknął. Szybka i prawie bezbolesna śmierć. Sario rozejrzał się po kryjówce demona. Naprawdę duża nora, z wejściem osłoniętym ładnie kwitnącymi krzakami. Normalnie musiało tu mieszkać coś większego. Ale to nie była jego sprawa. Przynajmniej na razie.
Lilith zjadła kolację sama. Później czekała jeszcze chwilę, jednak Anioł nie wracał.
„W końcu nie siedzi tu cały dzień, bo czym by się zajmował? Wpatrywaniem w sufit czy obgryzaniem paznokci?”
Wróciła do swojego pokoju. Zdała sobie sprawę, że mimo kilkugodzinnego treningu i późniejszego wspinania się po regałach z książkami nie jest prawie wcale zmęczona. Usiadła na parapecie, ze swoją kotką na kolanach.
Dom Saria znajdował się na niewielkim wzgórzu, więc miała dość dobry widok na okolicę. Ze swojego okna widziała frontowe podwórze, żelazną bramę, a dalej światła kilku innych domów. Jeszcze dalej zaczynało się miasto. Raczej niskie domy, podobne do siebie, z białymi ścianami i błyszczącymi dachami wyraźnie odcinającymi się od niemalże czarnego nieba. Gwiazdy świeciły jasno i wyraźnie, jednak nie mogła rozpoznać żadnej konstelacji. Powróciła do przyglądania się miastu. Powoli coraz więcej świateł w oknach gasło. Lilith czuła, że powieki zaczynają jej wreszcie opadać. Przez chwilę wydawało jej się, że gdzieś bliżej centrum miasta widzi ogień, po czym zasnęła.
W momencie, kiedy stwierdził, że chyba już wróci do domu, usłyszał w głowie głos Pana Wojny. Był to członek Rady Kosmosu, ale mimo to przyjaciel Saria.
„Chyba mamy pewien problem…”
„Mamy?”
„Wyjaśnię wszystko u mnie.”
Arian zerwał przekaz.
„Wygląda na to, że dziś będzie długi dzień…”
Zaśmiał się ponuro. Gwiazdy właśnie gasły, niedługo wzejdzie słońce.