CZĘŚĆ PIERWSZA
Bloga będę prowadzić z Lazillą
No to nasza pierwsza notka z nowym opowiadaniem
Buziole
Młoda 12 letnia dziewczynka, o blond włosach, zielonych oczach i z charakterem nie byle jakim. Loriatanna miała straszne poczucie humoru, była uparta, otwarta dla ludzi, jeśli chodzi o kolegów zawsze wybiera tych najbardziej odludowaciałych, to znaczy takich którzy są nie lubiani lub unikani i samotni. Uwielbia pomagać ludziom lecz zazwyczaj nie jest bezinteresowna. Ma cięty język, pomimo swojego młodego wieku ujawnia się w niej ogromny potencjał muzyczny, choć wiele osób jej mówi, że nie potrafi śpiewać.
Właśnie szła droga powrotną do domu z psem. Mijała tabliczkę z napisem “Witamy w Loitsche”, by po chwili skręcić w lewo i wejść do swojego małego, a jednak przytulnego domku z basenem. Lubiła te spacery prawie pod samą górę w małym miasteczku, było tam przyjemnie i ładnie. Często przesiadywała godzinami opierając się o małą wierzbę rosnącą niedaleko wzgórza i myślała, tam pisała wiersze, piosenki i tam rozwiązywała wszystkie swoje problemy. Drugim takim miejscem był jej własny pokój na poddaszu wielkości kuchni, salonu i kawałka korytarza. A mówi, że nie jest wymagająca, w sumie to w jej królestwie jest masę wolnej przestrzeni, stoi tam tylko łóżko, szafa przesuwana z lustrem, kanapa z szafką i telewizorem, wieża na półce w kącie, dwie szafeczki nocne i gitara na stojaku ze wzmacniaczem. Nie grywała na niej często, dopiero się uczyła jednak musiała odłożyć nauki na pół roku, bo jej nauczyciel wpadł pod tramwaj, a rodzice odmówili następnemu chętnemu do uczenia młodej Loriatanny gdy ta na pogrzebie gitarzysty wybuchła śmiechem. Nie wiadomo z jakiego powodu, jednak od zawsze była dziwna.
- Mamo nie uwierzysz co się stało – krzyknęła od progu puszczając psa
- Loriatanna ile razy Ci mówiłam, że jak wracasz z deszczowego spaceru masz psu wytrzeć łapy? No co się tym razem stało? Pies “przypadkowo” rzucił się na listonosza? – z kuchni wyłoniła się młoda brunetka
- To nie było zabawne i w dodatku niechcący. Nie zamierzałam! Po prostu Gówno-ryje się wyprowadzają i sprzedają dom – oznajmiła cała dumna, gówno-ryjami nazywała sąsiadów z najładniejszym domem w Loitsche, bo raz podstawiła ojcu Barona nogę i wpadł twarzą w psią kupę.
- Ile razy mówiłam, żebyś nie wyzywała sąsiadów? Wiem, że są snobami ale nic na to nie poradzę
- I widzisz sama ich obrażasz – pokazała język i pobiegła w butach do pokoju słysząc jeszcze krzyki jej mamy. Nic sobie z tego nie robiła, wparzyła jak burza do pokoju i od razu na komputer (skąd ja to znam
).
“Te ciulik o której jutro się widzimy?” – napisała jej przyjaciółka Mimi
“A nie wiem, GÓWNORYJE SIE WYNOSZĄ” – odpisała
“A ja tam się nie cieszę” – odpisała
„Jak to się nie cieszysz? Ej kobieto o co chodzi?”
„Nie nic wszystko ok.
”
„No tak a maminek nie był smerfetką :/”
„No bo… Wiesz co spotkajmy się w lodziarni”
„Okej będę tam za 20 minut” – odpisała i szybko zamknęła laptopa nie wyłączając nic, to miała w nawyku i nikt nie umiał jej tego wybić z główki. Zbiegła na dół i weszła do kuchni po puszkę Coli
- Mamo idę do lodziarni, bo musimy pogadać z Mimi – oznajmiła
- Ej chwila chwila!! O której masz zamiar wrócić? Jest już 17 – przypomniała kochana jak zwykle mamusia która bardzo martwi się o swoje dzieci. Lori przewróciła oczami i dodała szybkim tonem
- Dżizas mother wrócę za jakąś godzinę góra dwie, jestem spakowana, zadania odrobiłam, psa wyprowadziłam, a jak wrócę podleję kwiatki z pokoju – kłamała jak z nut, a trudno się nie kapnąć iż było to oszustwo, bo Loriatanna nie miała w pokoju ani jednego kwiatka, jedynie suche róże w wazonie. Gdy doszedł do niej sens jej własnych słów postanowiła jak najszybciej się zmyć zanim mama zajarzy co jest nie tak. Wybiegła pośpiesznie z domu i ruszyła do kawiarenki „Sekunde”, gdzie czekała już jej czarno włosa przyjaciółka ze spuszczoną głową. Lori była pewna, że gdyby tylko ktoś ją popchnął to wpadłaby twarzą w pucharek z lodami i bitą śmietaną. Usiadła naprzeciw z puszką coli i otworzyła ją głośno, co wyrwało Mimi z transu. Spojrzała na nią brązowymi oczami, była czymś przybita albo bała się czegoś.
- Modlisz się do lodów? Wznosisz im hołd rozumiem nie przeszkadzam – uśmiechnęła się Lori i zaczęła sączyć napój z puszki
- Kocham Barona – odezwała się po chwili milczenia, Lotrianna pomyślała, że do głupie żarty ze strony przyjaciółki, bo często robiły sobie takie akcje
- Młodego czy starego? – zakpiła
- Młodego – odrzekła, a Lotria wypluła wszystko co miała w buzi na stół głośno krztusząc się co przyciągnęło wzrok ludzi siedzących nie opodal. Ona tylko obdarzyła ich morderczym spojrzeniem i wróciła do rozmowy z koleżanką
- Jak możesz kochać Barona Salcesona? – wycedziła przez zaciśnięte zęby, ogarniała ją wściekłość, czuła się oszukana. No bo jak jej najlepsza przyjaciółka mogła się kochać w jednym z jej największych wrogów. Uderzyła ręką w stół i spojrzała wściekle w spanikowane oczy. Jej wadą było to, że rządziła i uważała, iż może na wszystko sobie pozwalać. Problem wcale nie leżał w wychowaniu przez rodziców, bo wychowanie było wzorowe, tylko w genach po dziadku, który był identyczny.
- Ja… Ja nie wiem… Bo pamiętasz co przegrałam zakład i miałam iść z nim do kina? To on był taki miły uprzejmy i w ogóle
- Taa pewnie zaimponował ci tym, że umie wcisnąć w swoje wielkie dupsko stos Hamburgerów w ciągu 30 sekund, a kiełbasę wsysa jak spaghetti – zadrwiła ściskając już pustą puszkę, jej zawartość leżała w 30% na stole, 20% w jej brzuchu, a reszta na ziemi.
- To nie tak. Lotria nie mów tak, on wcale taki nie jest. Wydałaś nad nim sąd ostateczny i nie dałaś mu szansy pokazania jakim człowiekiem jest naprawdę – tłumaczyła Mimi
- A idź. Skoro tak bardzo kochasz tego Salcesona od Parówek to idź sobie do niego, a ode mnie się odwal. Nie pisz nie dzwoń i nie przychodź – krzyknęła
- Przestań mną rządzić!! On Ci nic nie zrobił
- Zachowujesz się jak… jak dziwka – oznajmiła i wyszła zostawiając zapłakaną przyjaciółkę. Wróciła do domu i nie odzywając się do nikogo trzasnęła drzwiami od pokoju, puściła Linki Parka – Dedicated na full i ukryła twarz w poduszce. Zaczęła w nią krzyczeć jak tylko mogła, a głos miała potężny. Gdy skończyła wyć, zaczęła płakać nad swoim losem użalając się. Pierwszy raz w życiu pokłóciła się z osobą która była dla niej jak siostra. Z przekonaniem, że ona ma rację poszła spać, wcześniej oczywiście wyłączając wieżę.
Rano wstała i od razu zeszła na dół w piżamie, siadła przy stole i zaczęła pić kawę.
- Nie jesteś za młoda na kawę? – oburzyła się mama odkładając gazetę i pakując papiery do teczki, mama jej pracowała w jakimś biurze podróży, a tato był właścicielem sieci firm w całej Europie. Na brak pieniędzy nie narzekali
- Ależ oczywiście – powiedziała z sarkazmem i ironią
- A ty co? Siora wyglądasz jak garfield w poniedziałki – zaśmiał się jej brat, który właśnie wszedł do kuchni
- Po pierwsze jest poniedziałek, a po drugie nie obrażaj garfielda, bo ma wyższy poziom inteligencji niż ty – powiedziała i wyszła z kuchni biorąc kanapki z szynką i jabłko. Kolejna rzecz ją wkurzyła z rana, a mianowicie brak puszek z colą, które tak kochała. Gdyby mogła piłaby Red Bulle, ale na to mama już się nie zgadzała, bo to tylko dodawało jej energii i w obawie o zdrowie własne i innych ludzi wolała nie ryzykować.
Usiadła na swoje łóżko i uderzyła dłonią w czoło zjeżdżając ręką po twarzy
- Zadania! – mruknęła, no tak jak zwykle zapomniała ich odrobić. Chwyciła telefon i już zaczęła wystukiwać numer Mimi, gdy doszło do niej, że już nie są przyjaciółkami, bo nie kumpluje się z debilami. Jej charakter brał górę nad sercem, które tęskniło za spacerami i plotami z czarnowłosą. Posępnie wlokąc się ruszyła do szkoły, na przystanku stała Mimi, minęły się nic nie mówiąc zadzierając tylko nosy do chmur. Lotria podeszła do Gustava jej najlepszego kolegi, był rok starszy ale jej to nie obchodziło zbytnio. Lubiła go bardzo za jego poczucie humoru. A w ogóle on ją rozumiał bez słów, znali się od dziecka.
- Co jest? – spytał – Aha dobra już wiem, poszło do Barona Juniora?
- Nie o babcie Brunhilde z Magdeburga pod Londynem – zakpiła i rzuciła mordercze spojrzenie na swoją ex friend. Gustav tylko pokręcił głową i zaczął wykład o tym, że znów Lori nie odrobiła zadań. Ona wyłączyła się na cały świat i myślała tylko jakby tu pogodzić się z Mimi aby nie wyszło, że to ona miała racje.
Tymczasem jej przyjaciółka rozmawiała z Melindą i Efendi, które zapewniały ją o tym, że nie może dać się pomiatać jakiejś smarkuli
- Ja bym jej dogadała – oznajmiła Melina z chytrym uśmieszkiem na twarzy uderzając pięścią w otwartą dłoń. Od dawna miała zatyczki z Lori o to która lepiej tańczy. Efendi tylko kiwała głową na znak że popiera, choć podziwiała młodą buntowniczkę za to, że potrafi poradzić sobie w tak wielu sytuacjach
- Wiecie co – zaczęła Mimi – macie racje, zaraz pójdę i wygarnę jej wszystko – jej koleżanki zaczęły jej wtórować i klaskać
Lotrianna stała tępo gapiąc się w przestrzeń, z transu wyrwał ją Gustav zapowiadając nadejście koleżanki, już w duchu buntowniczka ucieszyła się, bo miała nadzieje że to Mimi przeprosi ją za to, że kocha Balerona
- Lotria mam tego dosyć!! Sama jesteś beznadziejna! Nienawidzę cię! Będę kochać kogo chcę!! I wiesz co Ci powiem? Twoja sałatka jest ohydna – krzyknęła i weszła do autobusu który właśnie przyjechał zostawiając Lori z otwartą gębą. Gustav wciągnął ją siłą do busa szkolnego i zajęli miejsca wraz z Delieną, Lazillą i Georgiem. Lori nie mogła uwierzyć w to co usłyszała, zabrakło jej textu. Była wkurzona, że dała się tak łatwo, że nie umiała znaleźć odpowiednich słów, by dogadać tej idiotce.