początek treningu
Niestety, wyszło trochę nudnawo, ale czasami jest tak, że jeśli pisze się coś długiego, to akcja nie rozwija się zbyt szybko…
***Zaplanowane
Na korytarzu zaklaskała głośno. Prawie natychmiast pojawił się służący.
-Przynieś coś do jedzenia dla mojego kota.
-O… oczywiście, Szanowna Pani Lilith. – wyjąkał służący i szybko się oddalił. Dziewczyna przez chwilę patrzyła za nim. Nie chciało jej się wracać do komnaty.
-Wygląda na to, że jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale i tak zaczyna mi się tu podobać.
Uśmiechnęła się sama do siebie.
Przeszła przez kilka korytarzy, zeszła po jakichś schodach i znalazła się na wewnętrznym dziedzińcu domu. Słońce świeciło, niebo było prawie bezchmurne. Podwórze miało kwadratowy kształt, przypominało jej trochę patio domu wczasowego nad morzem, gdzie była kilka razy*. Tylko tutaj rośliny były inne. Piękne, czarne, brązowe, czerwone i pasiaste róże, ale też sporo kwiatów polnych, dziwnie wyglądających po tym, co działo się wcześniej. Tak zwyczajnie.
Lilith zeszła po trzech, może czterech stopniach do fontanny stojącej na środku. Wdrapała się na jej ocembrowanie i przez chwilę czuła się, jakby wróciła na kolonie*(tak, ta sama gwiazdka). Potem otworzyła oczy.
-Ale teraz już nie ma tych ludzi, nie ma Ziemi… Nie ma nawet mnie. – wyszeptała. Nagle, z niespodziewaną nawet dla siebie złością syknęła głośno.
-W końcu nie jestem już małą Lilianną, jestem Lilith.
Zaczęła się śmiać.
„Ale co to znaczy? Czy to ma jakieś znacznie? Wiem już, że jeśli chcę czegoś, to mogę to zrobić? Co mi da fakt, że Sario nauczy mnie posługiwać się mieczem, a Kira magią, skoro na jeden rozkaz Rady zostanie ze mnie wspomnienie? Nie będę się łudzić, że mnie ochronią. Nie, nie zobaczycie mnie na kolanach…”
Usiadła na mokrych kafelkach położonych na obramowaniu fontanny.
-Mimo to, mogę chyba cos zrobić?
Rozejrzała się jeszcze raz wokół siebie. Błękitne niebo, kamienne podwórze nagrzane od słońca, mimo, że było jeszcze wcześnie. Kwiaty…
-Drogie kwiatki, nie uważacie, że trochę nie pasujecie do otoczenia?
Prawie się nie zdziwiła, kiedy na jej jedno skinienie róże zmieniły się w wiecznie zielone krzaki, jakie pamiętała jeszcze z tych wakacji.
Tak, teraz naprawdę czuła się jak u siebie.
Siedziała tak przy fontannie wygrzewając się na słońcu, dopóki nie nadszedł Sario. Przelotnie spojrzał na przemienione kwiaty i oparł się o kafelki kawałek dalej.
-Odpoczęłaś?
-Chyba tak. To dobrze, bo lepiej żebyś przed spotkaniem z przedstawicielami Rady nauczyła się choć trochę walczyć. Dla twojego bezpieczeństwa.
Skinęła głową.
„Skończyły się wakacje, czas do roboty.” – pomyślała. Znowu wszystko wydawało jej się takie nierealne.
-Kiedy zaczynamy?
-Już.
Odwróciła się zaskoczona.
-Tylko musimy znaleźć ci jakiś miecz.
Poszli razem z powrotem do domostwa. Po przejściu kilku korytarzy Niszczyciel otworzył drzwi.
-Pani pierwsza.
Lilith weszła do niezbyt dużej komnatki, prawie całkowicie wypełnionej bronią, zbrojami i innymi rzeczami, których przeznaczenia mogła się domyślać. Anioł szybko znalazł średniej długości miecz, o czarnej, prostej rękojeści owiniętej pasami ze skóry i klindze z ciemnego, ale jakby świetlistego metalu. Po chwili namysłu rzucił jej też skórzane rękawiczki, trochę podobne do motocyklowych. Podał jej też pas i pochwę do miecza wykonane z ciemnej skóry, z wytłoczonymi runami.
-Gotowa?
Skinęła głową. Co innego mogła zrobić?
Wyszli do znajdującego się za domeZaplanowanem sadu. Pomiędzy drzewami wiodła szeroka ścieżka, prowadząca do furtki w ogrodzeniu posesji. Za nią znajdowało się wzgórze i las. Lilith wydał się on mało przyjazny i… mroczny. Zaśmiała się w duszy.
„Mroczny…”
Zdawało jej się, że na Ziemi to słowo miało jakieś inne znaczenie, ale nie pamiętała już, jakie. Na razie poszła za Aniołem między drzewa, na trawiasty placyk.
-To byłoby niezłe miejsce na piknik.
Anioł zignorował jej zaczepkę. Na razie miało to być miejsce treningu.
-Wyjmij miecz.
Popatrzył na nią krytycznie, kiedy niezbyt wprawnie ujęła broń.
-Trzymaj go pewnie. Nie ugryzie cię.
-Łatwo ci mówić. Nie chcę go sobie spuścić na stopy.
-W ten sposób na pewno to zrobisz.
Sario pokazał jej wreszcie, jak powinna trzymać miecz.
„Zdecydowanie wolałam walki na kije na koloniach. Przynajmniej były lżejsze.”
Nie miała wiele czasu, żeby użalać się nad sobą. Po kilku godzinach spędzonych na powtarzaniu różnego rodzaju zasłon, uników i pchnięć ledwo utrzymywał miecz w ręku. Anioł najwyraźniej to zauważył.
-Na dzisiaj koniec. Za jakąś godzinę powinien być obiad.
Odwrócił się i odszedł. Lilith natomiast schowała miecz i usiadła pod najbliższym drzewem.
„Dlaczego to żelastwo jest takie ciężkie? Nigdy chyba nie nauczę się tym posługiwać…”
Po kilku minutach odpoczynku dźwignęła się na nogi i powoli wróciła do domu. W komnacie zdjęła pas z mieczem i poszła do łaźni. W końcu po treningu należała jej się kąpiel. Chłodna woda w wannie była tak przyjemna po kilku godzinach spędzonych na słońcu, że dziewczyna zasnęła. Obudziła ją kotka, która siedziała na brzegu wanny i trącała ją łapką. Lilith szybko wyskoczyła z wanny, założyła suknię i wyszła, żeby nie spóźnić się na obiad. Nie zdążyła nawet przejrzeć się w lustrze…
*Zainteresowanych odsyłam, żeby poszukali w necie zdjęć ośrodka Uniwersytetu Warszawskiego w Łukęcinie… Tam jest po prostu pięknie, a jeśli chodzi o fontannę… W czasie dyskotek może nieźle służyć za podium do tańczenia, ewentualnie do ożywiania zbyt drętwej atmosfery (nie, to chyba nie na moim turnusie) podczas innych imprez (Proszę nie wychlapywać wody, cali mokry jesteście… – A Pani Dyrektor to nas może chlapać?). Tyle tytułem wyjaśnienia….